Licznik odwiedzin

czwartek, 22 czerwca 2017

Wierzący, ale niepraktykujący...


Swoje świadectwo dedykuję wszystkim, którzy określają siebie jako "wierzący, ale niepraktykujący". Przez wiele lat sam mówiłem o sobie właśnie w ten sposób. Szedłem w złym kierunku, bo w istocie byłem zamknięty na działanie Boga. Teraz, mając już 30 lat, czuję się jak raczkujące niemowlę w nowej rzeczywistości świata, którą otworzył przede mną Pan Bóg za pośrednictwem Niepokalanego Serca Maryi, Królowej Polski z Jasnej Góry.
     Mam na imię Bartosz. Całe swoje życie uważałem się za katolika, ale tak dokładnie chyba nie rozumiałem, jaki skarb odziedziczyłem po swoich dziadkach i rodzicach. Mając 19 lat, wróciłem do Polski z zagranicy, gdzie skończyłem szkołę. Przebywałem tam w zasadzie sam, przez 3 lata. Ten okres był niestety wypełniony nie tylko nauką, ale także brnięciem w rzeczy niegodne człowieka wierzącego. Właściwie to traktowałem ten czas jako zabawę. Po powrocie do kraju kontynuowałem ten rozrywkowy styl funkcjonowania. Miałem wielu znajomych i przyjaciół, którzy imponowali mi swoim statusem społecznym albo tym, że byli "kimś" w towarzystwie dzięki kasie, którą dysponowali. Niestety, nie potrafiłem być sobą. Płynąłem z prądem. Żyłem według zasad innych, które sam przyjąłem za własne priorytety.
     Mając 20 lat, nie potrafiłem kompletnie rozmawiać ze swoimi rodzicami, a w szczególności z ojcem. Zawsze uważałem, że wiem lepiej od niego, na czym polega życie. Rodzinne spędzanie niedzieli przeze mnie odbywało się w ten sposób, że zaliczałem Mszę św., na którą jechałem z rodzicami, aby zaraz potem powrócić do stylu życia swoich znajomych. Jednocześnie udawałem dobrego syna wychowanego w duchu religijnym. Były to jednak tylko pozory. W rzeczywistości oszukiwałem samego siebie i tych, którzy mnie kochali. Szedłem ścieżką rozwiązłego życia w zakłamaniu i perfidnych manipulacjach osobami mi najbliższymi. Oddalałem się coraz bardziej od rodziny, nie wiedząc nawet, kiedy to się dzieje. Moje serce było przepełnione pustką, a dusza zaśmiecona nieczystością i obłudą...
     Pewnego dnia dowiedziałem się o ciężkiej chorobie mojego 37-letniego wujka. Był to zaawansowany rak mózgu, niemożliwy do zoperowania. Przeraził nas wszystkich fakt, że ten człowiek może z dnia na dzień odejść, pozostawiając dwójkę dorastających dzieci. Była to tragedia rodzinna, która spadła na nas wszystkich niczym grom z jasnego nieba. Po kilku miesiącach prób ratowania życia wujka przez lekarzy zdecydowaliśmy się wybrać na Jasną Górę, aby tam prosić o jego zdrowie. Nie wiedzieliśmy wtedy, że będzie to dla nas początek nowego życia.
     Dosyć nieudolnie, ale szczerze zawierzyliśmy się Niepokalanemu Sercu Maryi, Królowej Polski, według modlitwy, którą ktoś nam podsunął. Od tego dnia rozpoczął się "program naprawczy" całej naszej rodziny. Proces ten nie był łatwy, gdyż niektórzy mocno się buntowali. Jednak łaska Boża płynąca prosto z Niepokalanego Serca Matki Bożej działała. Pierwsze oczyszczenie trwało kilkanaście tygodni, ale już od pierwszej wizyty na Jasnej Górze chyba każdy z nas czuł ogromną siłę miłości, która działa w tym miejscu.
     Dla mnie nastąpił wyjątkowy okres. Jako młody człowiek mający przyjaciół z różnych - i w większości nieciekawych - środowisk widziałem świat, przed tą wizytą, jako czysto materialny, a chęć przeżywania cielesnych uciech życia była we mnie mocno zakorzeniona. Teraz zacząłem się modlić, chodzić regularnie do spowiedzi i w ogóle poważnie traktować Pana Boga oraz Jego przykazania.
     W tym czasie stan zdrowia mojego wujka stopniowo się pogarszał, ale nasza wiara w to, że jednak wyzdrowieje, była ogromna. W moim życiu rozpoczęły się wielkie zmiany. Czasami nie byłem z nich zadowolony, ponieważ praktycznie z dnia na dzień większość moich znajomych i przyjaciół odwróciła się ode mnie bez wyraźnego powodu. Było to dla mnie trochę dziwne, gdy ktoś z dnia na dzień potrafił mi powiedzieć przez telefon, że nie chce mnie znać i że nie spotkamy się prawdopodobnie już więcej... Nie przejmowałem się tym zbytnio. Już wtedy wiedziałem, że po zawierzeniu siebie Niepokalanemu Sercu Matki Bożej moja nowa Mama postanowiła uporządkować moje życie od podstaw, troszcząc się nawet o najmniejsze szczegóły.
     W kilka tygodni po zawierzeniu rozstałem się ze swoją dotychczasową dziewczyną. Natomiast kontakty z ojcem zaczęły się rozwijać w tempie, nad którym chyba obaj nie mogliśmy zapanować, ale byliśmy obydwaj z takiego obrotu sprawy bardzo zadowoleni. Mój tata poczuł, że ma syna, a ja z kolei, że to ojciec jest moim prawdziwym przyjacielem i partnerem. Postanowiliśmy razem otworzyć mały, rodzinny biznes, ale oparty na Bożym fundamencie i dlatego - jestem przekonany - przetrwa on nawet największy kryzys.
     Praktycznie w każdy weekend odwiedzaliśmy Jasną Górę całą rodziną (z chorym wujkiem) lub jeździliśmy tam we trójkę (mama, tata i ja). Czułem wtedy - i czuję do dzisiaj - że jesteśmy prowadzeni ścieżką prowadzącą do zbawienia. Po prawie pół roku od naszej pierwszej wizyty na Jasnej Górze okazało się, że wyniki badania rezonansu magnetycznego głowy mojego wujka są idealne. Guz główny oraz wszystkie ogniska zapalne zniknęły bez śladu. Dzisiaj jednak wiem, że Panu Bogu nie chodziło głównie o uzdrowienie mojego wujka, lecz przede wszystkim o uzdrowienie całej naszej rodziny. Największy cud, jaki się dokonał, to ten, że tak wiele zmieniło się w naszym życiu. Często się zastanawiam - i jest mi też bardzo wstyd z tego powodu - że Pan Bóg musiał za wstawiennictwem Matki Bożej pokazać mi namacalnie, jaką siłą dysponuje i że jest miłością. Nie uwierzycie, dopóki nie zobaczycie! Ja zobaczyłem i doświadczyłem. Zastanawiam się też, czym sobie zasłużyłem na taką łaskę. Dziękuję za to, że teraz wiem, kim jestem, i wiem, że nie ma przede mną problemu ani sytuacji bez wyjścia, gdyż jestem w Niepokalanym Sercu Matki Bożej!
     Ożeniłem się ze wspaniałą kobietą, Kasią, którą poznałem zaraz po tych wszystkich opisanych wyżej wydarzeniach. Pierwszy raz spotkaliśmy się w kościele. W dzień po ślubie pojechaliśmy z gośćmi (wynajętym autokarem) na Jasną Górę. Tam,, na naszej Mszy św., wspólnie z moją żoną Kasią zawierzyliśmy siebie, rodzinę, naszą przyszłość Niepokalanemu Sercu Maryi. Mamy bliźniaki - dwóch synów Piotra i Pawła. Jest to kolejna wspaniała łaska dla naszej rodziny. Moja żona i ja nigdy nie przypuszczaliśmy, że będziemy mieli dwoje dzieci naraz, choć zawsze mówiliśmy, że chcielibyśmy mieć ich dużo.

     Modlę się o to, aby udało się nam wychować nasze dzieci na takich ludzi, którzy nie będą musieli zobaczyć na własne oczy, aby uwierzyć, i nigdy nie powiedzą, że są wierzący, ale niepraktykujący. Ufam, że tak będzie, bo zawierzyliśmy ich Niepokalanemu Sercu Maryi, Królowej Polski, i zawierzymy Jej także nasze kolejne dzieci.

środa, 1 marca 2017

Orędzie papieskie na Wielki Post 2017

Słowo jest darem. Druga osoba jest darem.
Drodzy Bracia i Siostry!
Wielki Post to nowy początek, to droga prowadząca do bezpiecznego celu: Paschy Zmartwychwstania, zwycięstwa Chrystusa nad śmiercią. Okres ten zawsze kieruje ku nam stanowczą zachętę do nawrócenia: chrześcijanin jest wezwany, by powrócił do Boga „całym swym sercem” (Jl 2,12), aby nie zadowalał się życiem przeciętnym, ale wzrastał w przyjaźni z Panem. Jezus jest wiernym przyjacielem, który nas nigdy nie opuszcza, bo nawet kiedy grzeszymy, czeka cierpliwie na nasz powrót do Niego, a wraz z tym oczekiwaniem, ukazuje swoje pragnienie.
Wielki Post jest czasem sprzyjającym zintensyfikowaniu życia duchowego poprzez święte środki, jakie oferuje nam Kościół: post, modlitwę i jałmużnę. U podstaw wszystkiego jest Słowo Boże, do którego słuchania i bardziej pilnego rozważania jesteśmy w tym okresie zachęcani. Chciałbym zwłaszcza zatrzymać się tutaj nad przypowieścią o bogaczu i Łazarzu (por. Łk 16,19-31). Pozwólmy się zainspirować tą tak znamienną kartą, która daje nam klucz do zrozumienia, jak działać, aby osiągnąć prawdziwe szczęście i życie wieczne, zachęcając nas do szczerego nawrócenia.
1. Druga osoba jest darem
Przypowieść rozpoczyna się od przedstawienia dwóch głównych bohaterów, ale to człowiek ubogi jest opisany bardziej szczegółowo: jest on w stanie rozpaczliwym i nie ma siły, aby się podnieść, leży u bramy bogacza i je okruszyny, które spadają z jego stołu, całe jego ciało jest pokryte ranami a psy przychodzą je lizać (por. ww. 20-21). Obraz jest więc ponury, a człowiek jest powalony na obie łopatki i poniżony.
Scena okazuje się jeszcze bardziej dramatyczna, jeśli weźmiemy pod uwagę, że ubogi nazywa się Łazarz: jest to imię pełne obietnic, które dosłownie oznacza „Bóg pomaga”. Zatem nie jest to osoba anonimowa, ma wyraźnie określone rysy i ukazuje się jako człowiek, z którym należy łączyć jakąś historię osobistą. Chociaż dla bogacza jest on jakby niewidoczny, dla nas staje się znany i niemal bliski, staje się obliczem; a jako takie - darem, bezcennym bogactwem, istotą chcianą, kochaną, zapamiętaną przez Boga, nawet jeżeli jej konkretna kondycja jest sytuacją odrzucenia przez ludzi.
Łazarz uczy nas, że druga osoba jest darem. Właściwa relacja z ludźmi polega na uznaniu z wdzięcznością ich wartości. Również ubogi przy bramie bogacza nie jest irytującą przeszkodą, ale wezwaniem do pokuty i przemiany swojego życia. Pierwszą zachętą jaką kieruje ta przypowieść jest wezwanie do otwarcia drzwi naszego serca na drugą osobę, ponieważ każdy człowiek jest darem, czy jest to ktoś nam bliski, czy też obcy biedak. Wielki Post jest czasem sprzyjającym otwarciu drzwi każdemu potrzebującemu i rozpoznaniu w nim, czy też w niej, oblicza Chrystusa. Każdy z nas spotyka ich na swojej drodze. Każde życie, które napotykamy, jest darem i zasługuje na akceptację, szacunek, miłość. Słowo Boże pomaga nam otworzyć nasze oczy, aby przyjąć życie i je umiłować, zwłaszcza gdy jest słabe. By jednak móc to uczynić, trzeba potraktować poważnie także to, co Ewangelia mówi nam o bogaczu.
2. Grzech nas zaślepia
Przypowieść bezlitośnie podkreśla sprzeczności, w których znajduje się bogacz (por. w. 19). Człowiek ten, w przeciwieństwie do ubogiego Łazarza nie ma imienia, jest określony jedynie jako „bogacz”. Jego bogactwo przejawia się w noszonych ubraniach, przesadnym luksusie. Purpura była rzeczywiście bardzo ceniona, bardziej niż srebro i złoto, i dlatego była zastrzeżona dla bogów (por. Jer 10,9) i królów (por. Sdz 8,26). Bisior był specjalnym rodzajem tkaniny, która sprawiała, że ubiór nabierał niemal sakralnego charakteru. Zatem bogactwo tego człowieka było przesadne, również dlatego, że okazywane było codziennie, rutynowo: „dzień w dzień świetnie się bawił” (w. 19). Dostrzega się w nim dramatycznie zepsucie grzechu, które dokonuje się w trzech następujących po sobie etapach: umiłowanie pieniędzy, próżność i pycha. Apostoł Paweł powiedział, że „korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy” (1 Tm 6,10). Jest ona głównym powodem korupcji i źródłem zawiści, konfliktów i podejrzeń. Może dojść do tego, że pieniądz może nad nami zapanować tak bardzo, iż stanie się tyrańskim bożkiem (por. Adhort, ap.  Evangelii gaudium, 55). Zamiast być narzędziem, które nam służy, by czynić dobro i realizować solidarność z innymi, pieniądz może podporządkować nas i cały świat egoistycznej logice, która nie pozostawia miejsca dla miłości i stanowi przeszkodę dla pokoju.
Przypowieść ukazuje nam ponadto, że chciwość bogacza czyni go próżnym. Jego osobowość spełnia się w pozorach, w pokazywaniu innym, na co może sobie pozwolić. Pozory jednak maskują wewnętrzną pustkę. Jego życie jest uwięzione w zewnętrzności, najbardziej powierzchownym i ulotnym wymiarze egzystencji (por. tamże, 62).
Najniższym szczeblem tego upadku moralnego jest pycha. Bogacz ubiera się jak by był królem, udaje zachowanie Boga, zapominając, że jest po prostu śmiertelnikiem. Dla człowieka zdemoralizowanego umiłowaniem bogactwa nie ma nic oprócz własnego „ja”, i dlatego jego spojrzenie nie dostrzega otaczających go osób. Owocem przywiązania do pieniędzy jest zatem pewien rodzaj ślepoty: bogacz nie widzi głodnego biedaka, poranionego i leżącego w swym upokorzeniu.
Patrząc na tę osobę możemy zrozumieć, dlaczego Ewangelia tak wyraźnie potępia miłość pieniędzy: „Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie” (Mt 6,24).
3. Słowo jest darem
Ewangelia o bogaczu i ubogim Łazarzu pomaga nam dobrze przygotować się na zbliżające się Święta Paschalne. Liturgia Środy Popielcowej zaprasza nas do przeżycia doświadczenia podobnego, do tego, jakie w sposób bardzo dramatyczny było udziałem bogacza. Kapłan, nakładając popiół na głowę, powtarza słowa: „Pamiętaj, że prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Rzeczywiście zarówno bogacz jak i ubogi umierają, a zasadnicza część przypowieści ma miejsce w zaświatach. Obie postacie nagle odkrywają, że „nic nie przynieśliśmy na ten świat; nic też nie możemy [z niego] wynieść” (1 Tm 6,7).
Również nasze spojrzenie otwiera się na zaświaty, gdzie bogacz prowadzi długi dialog z Abrahamem, którego nazywa „Ojcem” (Łk 16,24.27), wykazując, że należy do ludu Bożego. Ten szczegół czyni jego życie jeszcze bardziej niespójnym, ponieważ do tej pory nic nie powiedziano na temat jego relacji z Bogiem. W istocie w jego życiu nie było miejsca dla Boga, bo jego jedynym bogiem był on sam.
Dopiero pośród udręk zaświatów bogacz rozpoznał Łazarza i chciałby, aby biedak ulżył jego cierpieniom przez odrobinę wody. Gesty, o które prosi Łazarza są podobne do tych, których bogacz sam mógł dokonać, ale których nigdy nie dopełnił. Abraham jednak wyjaśnia jemu: „za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz” (w. 25). W zaświatach zostaje przywrócona pewna sprawiedliwość i cierpienia życiowe są równoważone przez dobro.
Przypowieść idzie dalej i tak przedstawia przesłanie dla wszystkich chrześcijan. Bogacz bowiem, który ma braci jeszcze żyjących, prosi Abrahama, aby posłał do nich Łazarza, aby ich przestrzec. Lecz Abraham odparł: „Mają Mojżesza i Proroków; niechże ich słuchają” (w. 29). A wobec sprzeciwów bogacza dodał: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą” (w. 31).
W ten sposób ukazuje się prawdziwy problem bogacza: źródłem jego nieszczęść jest nie słuchanie Słowa Bożego. To go doprowadziło do tego, że już nie kochał Boga, a zatem gardził innymi. Słowo Boże jest żywą siłą, zdolną do wzbudzenia nawrócenia ludzkiego serca i do ponownego ukierunkowania człowieka ku Bogu. Konsekwencją zamknięcia serca na dar przemawiającego Boga jest zamknięcie serca na dar brata.
Drodzy bracia i siostry, Wielki Post jest czasem sprzyjającym odnowieniu siebie w spotkaniu z Chrystusem żyjącym w Jego Słowie, w sakramentach i w bliźnim. Pan – który podczas czterdziestu dni spędzonych na pustyni zwyciężył podstępy kusiciela – wskazuje nam drogę, którą trzeba pójść. Niech Duch Święty prowadzi nas do podjęcia prawdziwej pielgrzymki nawrócenia, by odkryć na nowo dar Słowa Bożego, by zostać oczyszczonymi z grzechu, który nas zaślepia i służyć Chrystusowi obecnemu w braciach potrzebujących. Zachęcam wszystkich wiernych do wyrażenia tej duchowej odnowy poprzez uczestnictwo w Kampaniach Wielkopostnych, promowanych przez wiele organizacji kościelnych, w różnych częściach świata, aby rozwijać kulturę spotkania w jednej rodzinie ludzkiej. Módlmy się za siebie nawzajem, abyśmy uczestnicząc w zwycięstwie Chrystusa umieli otworzyć nasze drzwi dla osób słabych i ubogich. Wówczas będziemy mogli w pełni żyć i świadczyć o radości paschalnej.
W Watykanie, 22 października 2017 r., w Święto św. Łukasza Ewangelisty

Franciszek

czwartek, 26 stycznia 2017

Jaka jest moja wiara ?

 Jaka jest moja wiara ? Czy się jej wstydzę ?

Nawzajem dla siebie jesteśmy świadkami, nawzajem siebie umacniamy!
Żeby przełamać wstyd przyznania się do krzyża, przyznania się do Jezusa, trzeba najpierw chyba uświadomić sobie dobrze, jaki jest powód tego wstydu: czego my właściwie się wstydzimy? Wstydzimy się zawsze czegoś, co jest słabe i co jest w oczach innych ludzi, w oczach tego świata, być może mało atrakcyjne. Jeżeli zatem przyjmiemy taką optykę, która bardzo często jest nam narzucana – że religia jest jakimś reliktem przeszłości, że ludzie religijni to ludzie gorzej wykształceni, to ludzie z mniejszych miast, to ludzie mniej zamożni, to ludzie mniej atrakcyjni, to ludzie mniej dowcipni – to z takiego zespołu cech, który wcale nie jest zespołem prawdziwym, możemy wyprowadzić nasz wstyd: „My nie chcemy być razem z nimi”…
Jaka natomiast jest rzeczywistość? Rzeczywistość przyznania się do Jezusa polega przede wszystkim na osobistej relacji z Nim samym, czyli z naszym Zbawicielem, z Synem Bożym. Jeżeli jest w nas wiara, że Chrystus istotnie przyszedł na ten świat, umarł i zmartwychwstał za nas, to zrobiliśmy pierwszy ważny krok ku temu, by się Go nie wstydzić. 
Zastanówmy się, czy bylibyśmy w stanie wskazać w historii czy w dzisiejszym świecie kogoś, kto tak jak Jezus – tak konsekwentnie – opowiedział się za ludźmi słabszymi, za ludźmi grzesznymi, za ludźmi upadłymi, czyli za nami wszystkimi? Ale nie tylko się opowiedział – ale był w stanie oddać swoje życie z wyboru, a nie z przymusu. To jest bardzo istotne, uświadomienie sobie: Chrystus bowiem poszedł na śmierć krzyżową ze swojego własnego wyboru. W Ogrójcu modlił się do Ojca, prosząc Go o zabranie kielicha, ale warunkując to jednym: „Niech się spełni Twoja wola”. A skoro poczuł, że wola Ojca jest właśnie taka, aby poniósł śmierć męczeńską, to ją podjął. 
A więc rozejrzyjmy się wokół siebie i zobaczmy bohatera, zobaczmy indywidualność, zobaczmy takiego człowieka – Chrystus był Człowiekiem i Bogiem – ale zobaczmy takiego człowieka, który byłby w stanie dać samego siebie. Bardzo często spotykamy się z ludźmi, którzy przemawiają płomiennie, którzy zachęcają, którzy wskazują palcem, ale którzy nie są w stanie z siebie nic poświęcić, nie oddać samego siebie, nie postawić siebie w zakład. Ale jeżeli nawet są w stanie postawić częściowo, to są w stanie poświęcić trochę swojego czasu, może trochę środków finansowych... ale tak siebie aż do wyniszczenia? Oczywiście byli tacy, byli święci, którzy naśladowali Chrystusa (jest całe dzieło Tomasza a Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”), którzy rzeczywiście starali się iść Jego śladami. Ci, którzy jak o. Beyzym dotarli aż na Madagaskar, do krainy ludzi wyklętych, do krainy ludzi trędowatych, którymi nikt nie chciał się zajmować, na zajmowanie którymi nie skazywano nawet ciężkich przestępców. A on [o. Beyzym] tam pojechał dobrowolnie, pokonał wiele tysięcy kilometrów, został z nimi [z trędowatymi], był z nimi, budował z nimi aż do własnej śmierci. A więc nie dbał o zdrowie – taką wartość, którą dzisiaj bardzo cenimy i którą dzisiejszy świat bardzo ceni – najlepszy dowód, że największa liczba sklepów, która nas otacza, to apteki.
Ale wróćmy teraz do Chrystusa. A zatem, czy jest to postać (nazwijmy Chrystusa postacią), której należy się wstydzić, czy z której należy być dumnym? Chrystus jest postacią wspaniałą! A więc mówiąc po prostu: nie ma jak się Go wstydzić. Nie bądźmy w sytuacji Judasza. Judasz z pewnego bardzo konkretnego powodu wydał Chrystusa: on spodziewał się po Panu Jezusie, spodziewał się po Mesjaszu czegoś innego, niż ten Mesjasz przyniósł. Judasz spodziewał się, że Jezus przywróci wspaniałość Izraelowi wspaniałość królestwa tu na ziemi. Zrozumiał w pewnym momencie, że Jezus nie po to przyszedł i nie taką ma misję, i był rozczarowany. Czy my często nie jesteśmy też w takiej sytuacji, że jesteśmy w stosunku do Pana Jezusa, do naszego Boga, rozczarowani? Dotyka nas jakieś nieszczęście (to bardzo trudna sytuacja), umiera nam ktoś bliski – czy to będzie dziecko, czy na przykład osoba, która opiekuje się rodziną… Wydaje nam się ta sytuacja absurdalna, wydaje nam się wtedy, że Bóg zawiódł i z tego powodu jesteśmy skłonni Go zdradzić. Z tego powodu jesteśmy skłonni się Go wyrzec, ponieważ wydaje nam się, że On nas zawiódł. Ale Chrystus (Bóg), dopuszczając nawet jakieś bardzo trudne doświadczenia na człowieka, zawsze gwarantuje, że jest z nami. Jest taka obietnica Pana Jezusa tuż przed Wniebowstąpieniem: „Ja będę z wami, pozostanę z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata”.
Bardzo istotną rzeczą z punktu [widzenia] rozwoju naszej wiary w nas samych jest to, abyśmy potrafili na co dzień uprzytamniać sobie, uobecniać Chrystusa w naszym życiu na co dzień. Aby On był w naszym życiu postacią centralną, nie drugo- czy trzeciorzędną, nie taką, której dajemy to, co nam zbywa, czyli jakiś taki czas, który ostatecznie jakoś wyszperaliśmy. Nie! Postacią centralną, w stosunku do której orientujemy wszystkie nasze wybory i wszystkie nasze działania. Wtedy jak gdyby będziemy mieli moc, wtedy będziemy mieli łaskę i wtedy naprawdę nie będziemy się mieli czego wstydzić. 
A poza tym, cóż to za sztuka zawstydzić się nawet zakładając, że przyznanie się do krzyża w pewnym środowisku (tak bywa, to jest fakt społeczny, z którym też się czasami stykam) może narazić człowieka na jakiś rodzaj szyderstwa czy też uszczypliwości. No dobrze, ale od czego nasza dzielność? Od czego nasza klasa? Od czego taki dar, z którego powinniśmy korzystać (jeżeli przyjęliśmy Bierzmowanie, a więc dary Ducha Świętego), jak męstwo? Czy mamy się tak łatwo ugiąć? Czy mamy być tacy słabi? Nie ma na tym świecie niczego wartościowego, do czego nie trzeba by dochodzić poprzez uporczywość, wysiłek i wyrzeczenie. Nie ma takiej wartości, nie ma! Jeżeli chcemy być wykształceni, musimy długo i żmudnie studiować i uczyć się. Jeżeli chcemy być silni fizycznie, musimy długo ćwiczyć, aby osiągnąć jakiś sukces w sporcie. Jeżeli chcemy być wielkimi artystami, poza talentem potrzebna nam jest praca, praca i jeszcze raz praca! Mówili o tym najwięksi: Mozart, Beethoven... zawsze podkreślali wagę pracy, a więc też wyrzeczenia się własnych przyjemności w dochodzeniu do jakiejś doskonałości, również artystycznej.
A zatem w tej najważniejszej sprawie, jaką jest religia, ponieważ ona dotyczy już nie tylko naszego życia doczesnego, ale i wiecznego, czy również i w niej nie musimy liczyć się z trudami i wyrzeczeniami? 
A zatem, nie ma się czego wstydzić! Znak krzyża to znak zwycięstwa. Znak krzyża to znak chrześcijaństwa – wspaniałej religii, religii miłości trwającej już od 2000 lat, której źródło jest nie wyczerpywane, bo źródłem jest sam Pan Jezus. To oczywiste.
Kochani, zachęcam was zatem do odwagi, do męstwa! Wiem, że nie każdy jest mężny – ja sam jestem raczej człowiekiem słabym i lękliwym. Ale odwagi dodaje mi po pierwsze sam Chrystus, a poza tym inni ludzie, na których patrzę, którzy wobec mnie dają świadectwo i którzy mnie umacniają.

Przemysław Babiarz - dziennikarz i komentator sportowy.


wtorek, 27 grudnia 2016

Greccio


To właśnie św. Franciszek przygotował pierwszą szopkę w 1223 roku w Greccio we Włoszech. Podczas Pasterki w skalnej grocie zorganizował misterium narodzenia i wtedy też odśpiewano pierwsze bożonarodzeniowe pieśni - dzisiejsze kolędy.

piątek, 27 maja 2016

Autostrada do nieba

Historia nastolatka, który chciał dostać się do nieba.
Carlo Acutis urodził się 3 maja 1991 r. w Londynie, gdzie jego rodzice Andrea i Antonia mieszkali z powodów zawodowych. Gdy rodzina powróciła do Mediolanu, w wieku 12 lat rozpoczął praktykę codziennego uczestnictwa we Mszy św. oraz cotygodniowej spowiedzi św. Był autorem pobożnych stron internetowych, o cudach eucharystycznych i o świętych katolickich. Grał na saksofonie. Był wychowankiem mediolańskiego Liceum im. Leona XIII o profilu klasycznym. 12 października 2006 r. zmarł na białaczkę, ofiarując swoje życie za papieża i za Kościół. Pochowany został w Asyżu. Jego proces beatyfikacyjny rozpoczęto w archidiecezji mediolańskiej w 2013 r.
Zwykły chłopak z pasją
Carlo Acutis słynął wśród kolegów ze zdolności informatycznych. Czytał literaturę fachową na temat komputerów i wiele programów umiał obsługiwać na poziomie uniwersyteckim. Jego wiedzą i umiejętnościami zaskakiwani byli nie tylko rówieśnicy. Carlo tworzył wiele stron internetowych i prezentacji multimedialnych. Przy jednym projekcie pracował razem ze studentem informatyki, który twierdził, że zapał Carla był dla niego bodźcem do intensywniejszych studiów. Wzięty włoski programista, gdy poznał chłopca powiedział: „Miał takie zdolności do pisania programów komputerowych, że prawie mnie zawstydzał”.
Utrzymywanie kontaktów z przyjaciółmi, to druga dziedzina, w której Carlo był niezrównany. Sympatyczny, łagodny, z olbrzymim poczuciem humoru zjednywał sobie wszystkich. Lubili go nawet ci, którzy znacząco różnili się od niego poglądami. Nieustannie dbał, by przyjaźnie, które zawierał, pogłębiały się.
W wielu miejscach pojawiał się z kamerą, by robić zabawne filmiki i utrwalać chwile z życia swoich bliskich – rodziny i znajomych. Nie przegapiał też okazji, by filmować zwierzęta. To również była jego pasja – hodował dwa koty, cztery psy i złote rybki. Był bardzo wrażliwy na krzywdę zwierząt. Takim go zapamiętano – nastolatek jakich wielu.
Kierunek: niebo
Gdzie tu świętość? W tym wszystkim, co robił! Cała jego postawa była konsekwencją wiary w Chrystusa. Wiedzę informatyczna, jaką pilnie zdobywał, przeznaczał głównie na dzieła ewangelizacyjne. Twierdził, że możliwości, jakie dają komputery, należy wykorzystywać dla dzieł Kościoła. Stworzył wiele stron dla wspólnot, dla parafii. Był nawet odpowiedzialny za część prac związanych ze stroną Stolicy Apostolskiej. Jak wspomina sekretarz papieskiej Akademii Cultorum Martyrum: „Wykorzystywał jeden z nowoczesnych środków komunikacji międzyludzkiej, jakim jest Internet, gdyż posiadał nadzwyczajną wiedzę informatyczną. Pomógł nam, z wielkim zaangażowaniem i poświęceniem, stworzyć stronę Vatican.va”.
Za niezwykle ważne uznawał dzielenie się zdolnościami z tymi, których spotykał na co dzień. Wiele czasu poświęcał na darmowe korepetycje ze swej ulubionej dziedziny, jakich udzielał kolegom ze szkoły. W niejednym rozpalił chęć poznania możliwości współczesnej techniki. Rodziło to znakomitą okazję do rozmów dotykających spraw wiary. Zależało mu również, by i inni włączali się w wolontariat. Chciał, by ludzie pomagali sobie nawzajem, dając z siebie to, co najlepsze.
Stałość
Kipiał pomysłami, słynął z aktywności i spontaniczności. Wyróżniała go jednak spośród rówieśników niezwykła konsekwencja. Z zupełną naturalnością powtarzał pozytywne zachowania. Choćby zupełnie banalne – jak witanie się z pracownikami szkoły. Jeden z nich wspominał, że gdy Carlowi zdarzało się wejść do budynku innym wejściem, tak że nie przechodził wtedy obok pokoju woźnego, przychodził zawsze po pierwszej lekcji, by powiedzieć: „Dzień dobry”.
Ta konsekwencja objawiała się w tych zupełnie prozaicznych rzeczach, ale także w sprawach poważnych. Chłopak lubił działać systemowo: gdy na drodze swoich codziennych spacerów z babcią spotkał żebraka – postanowił mu pomagać według określonego planu. Namówił babcię, by ta zawsze przygotowywała kanapki, które zostawiali biednemu, gdy ten jeszcze spał. W przygotowane zawiniątko Carlo wtykał dodatkowo jakąś kwotę ze swego kieszonkowego, gdyż wiedział, że obok postu i modlitwy jałmużna jest filarem życia duchowego.
Codzienność
Nie zapominał też praktykowaniu pozostałych dwóch uczynków chrześcijańskiej miłości. Jego słabość do słodyczy przypominała mu o potrzebie postu. Zaś za rzecz najważniejszą uważał modlitwę. Szczególnie zależało mu na codziennej Eucharystii. Nie tylko sam uczęszczał na Mszę świętą, ale od najmłodszych lat namawiał do tego swoje otoczenie. Jeszcze jako małe dziecko prowadzała go do kościoła niania, polska studentka, która przez kilka lat opiekowała się rosnącym szybko chrześcijańskim wzorem.
Do codziennych praktyk Carla należał też różaniec, modlitwa, której uczyła go mająca polskie korzenie babcia (pod koniec życia w planie każdego dnia znalazł czas na Koronkę Anielską). Mimo zaangażowania nie był do końca zadowolony ze swej modlitwy – co tydzień spowiadał się z rozproszeń, jakie miewał podczas odmawiania kolejnych zdrowasiek. Czytał też wiele książek dotyczących duchowości; jego ulubieni święci wywodzili się z Zakonu Braci Mniejszych: św. Franciszek, św. Antoni, św. Pio.
Nawróceni hinduiści
Postać taka jak Carlo musiała promieniować na innych. Szczególnie, że młody wyznawca Chrystusa miał w pamięci słowa św. Pawła: „nie ma Greka ani Żyda [...], lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus”. W swoim otoczeniu Carlo miał wielu wyznawców innych religii. Jego rodzice zatrudniali między innymi hinduistów. Szczególnie z jednym z nich – Rajeshem – łączyła go przyjaźń. Rajesh ma talent aktorski, więc często bawili się razem, nagrywając filmiki, w których wcielał się w rolę szpiega.
Wspólne zabawy były też okazją do rozmów na tematy ostateczne. Rajesh wspomina: „Carlo mawiał, że moja przyszłość będzie szczęśliwsza, jeśli zbliżę się do Jezusa. Uczył mnie, korzystając z Biblii i katechizmu”. Pomimo młodego wieku chłopiec sprawdziłby się jako nauczyciel: „Wszystkie kwestie wyjaśniał tak błyskotliwie, że wzbudził we mnie entuzjazm dla zagadnienia sakramentów”. Hindus, pomimo, że należał do najwyższej, kapłańskiej kasty braminów, ale przyjął chrzest – „zaraził mnie swoją głęboką wiarą i rozpalił ją w mojej duszy”. Kolejno nawracali się następni hinduiści z otoczenia Rajesha.
Eucharystia
Nie tylko innowiercy, nieznający nauczania katolickiego zachwycali się sposobem mówienia i wiedzą Carla na tematy religijne. Również teologowie bywali zaskoczeni obrazowymi przemowami, w których Carlo prosto potrafił przedstawiać wydawałoby się skomplikowane zagadnienia. Tak oto wyjaśniał paradoks trudnej do wyjaśnienia tajemnicy transsubstancjacji: „Jezus postępuje bardzo oryginalnie, ponieważ chowa się w malutkim kawałeczku Chleba. Tylko Bóg może zrobić coś tak niewiarygodnego”.
Z takim pojmowaniem sakramentów przyjął Pierwszą Komunię Świętą jeszcze zanim poszedł do szkoły. I właśnie Eucharystia stała się dla niego, jak sam mawiał „autostradą do nieba”. Uczęszczał na nabożeństwa eucharystyczne i powtarzał za Benedyktem XVI: „Boga należy adorować na kolanach i w milczeniu”.
Umieranie
Nie spodziewał się szybkiej śmierci. Jeszcze na kilka dni przed zaśnięciem snem wiecznym realizował ewangelizacyjne projekty informatyczne. Gdy poszedł do doktora podejrzewał tylko zwykłą grypę, a cierpienie postanowił ofiarować w intencji papieża i Kościoła. Lekarze dostrzegli, że to coś poważniejszego – ale początkowo uznali, że mają do czynienia ze świnką. Jak się jednak okazało Carlo był chory na białaczkę. Tydzień później, nie mogąc oddychać, zmarł.
Pozostały po nim filmy, strony internetowe, ale przede wszystkim pamięć. Setki osób przyciągnął ku Chrystusowi. Nawracał zarówno w trakcie krótkiego życia, jak i przykładem heroizmu w obliczu śmierci. Dziś jego przyjaciele modlą się tekstami, które ułożył – tysiące osób powtarza: „Panie, uczyń mnie świętym w taki sposób, w jaki chcesz”, a po przyjęciu komunii: „Jezu, rozgość się w moim sercu, potraktuj je jako swój dom!”.



poniedziałek, 15 lutego 2016

Po co bierzmowanie ? (21 - ostatni odcinek)

I ciągle zadaję sobie pytanie: czy to jest miłość, czy oszukiwanie? ?


Nie da się ukryć, że czas wakacji to dla wielu młodych okres wielkich sercowych podbojów. Ileż to razy gdzieś na mazurskiej przystani, na nadmorskiej plaży, a może i na samym szczycie tatrzańskim padają słowa: kocham cię. A zaraz po nich następują obietnice: nigdy cię nie zapomnę, będę pisać, przyjadę, chcę być już z tobą na zawsze.
Różne bywają losy tych wakacyjnych miłości. Niejedna z nich doprowadziła rozmiłowanych w sobie chłopca i dziewczynę na ślubny kobierzec. Inne zakończyły się z chwilą powrotu do domu. Niektórzy już we wrześniu, opowiadając znajomym o swojej wakacyjnej miłości, nie za bardzo mogą sobie przypomnieć, jak ona miała na imię. Tym bardziej, że w lipcu była jedna, a w sierpniu druga…
Żonglowanie słowem „kocham” jest powszechne i łatwe. Jak więc ustrzec się przed kimś, kto chce się mną zabawić, a może nawet tryumfalnie dorzucić do swojej licznej kolekcji poderwanych ?
Prawdziwą miłością jest Bóg i innej nie ma. Prawdziwym powiewem miłości, jej mocą, potęgą jest Duch Święty. To nie przelotne uczucie, zmysłowa fascynacja – to siła, która stworzyła wszechświat ! Jest prawdą, która demaskuje wszelki fałsz i zakłamanie. Warto modlić się do Niego szczególnie wtedy, gdy wiążemy się z kimś, wchodzimy w jakieś bliższe relacje. Ileż to rzekomo zakochanych mówi po tym, jak miną gorące uniesienia: gdzie ja miałam oczy ?! Gdzie miałem rozum ?!
Co mówili o prawdziwej miłości ludzie napełnieni Duchem Świętym ? Że jest ona pokorna. Gdy niekiedy rozmawiam z zakochanymi, to stawiam im pytanie: 
- Czy już się ze sobą pokłóciliście ?
W odpowiedzi często słyszę stanowcze stwierdzenie:
- Nie ! My się tak kochamy, że się nigdy nie kłócimy !
- A to szkoda – odpowiadam. – To lepiej jeszcze ślubu nie bierzcie. Bo jeszcze nie wiesz, czy twój chłopak, twoja dziewczyna potrafić wypowiadać jedno słowo. Takie zwykłe, ale najtrudniejsze na świecie słowo: przepraszam. Związać się na całe życie z kimś, kto nie umie mówić „przepraszam”, któremu to słowo nigdy przez gardło nie przechodzi, to jak grać w toto-lotka. Może się trafić wzajemne porozumienie i harmonia. Ale jednak niewielkie tu szanse na życiową wygraną. 
Co jeszcze o miłości mówili swoim życiem ci, których napełniał Duch Pocieszyciel ? Pokazywali, że człowiek nie ma kilku serc. Jedno od kochania sympatii, drugie od kochania Pana Boga, trzecie od kochania przyjaciół, czwarte od kochania rodziców. Dlatego nie trzeba się zbytnio zachwycać tym, że „mój chłopak wskoczył przez okno do pociągu, żeby mi zająć siedzące miejsce !” Cieszyć trzeba się raczej wtedy, gdy ów dżentelmen ustąpi w przedziale miejsca jakiejś staruszce. Nie można być szczerze rozmiłowanym w dziewczynie, a zupełnie nie dostrzegać cierpienia innych ludzi. Serce ma się jedno. Zamiast z rozkoszą wsłuchiwać się w potok komplementów pod swoim adresem, warto posłuchać, co moja sympatia mówi o swoich rodzicach. Jeśli ktoś zaraz po miłosnych wyznaniach wobec dziewczyny – mój aniołku, moja myszko – stwierdza z pogardą, że „moja matka jest dokumentnie głupia i kompletnie zakręcona”, to uwaga – coś tu nie gra ! Bo albo człowiek ma w sercu czystą miłość, albo ma pogardę. Jedno z drugim tam mieszkać nie może. Serce ma się jedno. 
Jak chłopak dziś traktuje swoją matkę czy staruszkę w tramwaju, tak najprawdopodobniej kiedyś potraktuje swoją dziewczynę, gdy ta zostanie już jego żoną. Nie ma po co chodzić do wróżki, by pytać o przyszłość. Trzeba tylko pilnie przyglądać się życiu. 
I może jeszcze jedno kryterium tej Bożej miłości. Przed ślubem warto sprawdzić, czy ten mój, czy ta moja ukochana boi się Boga. Nie ma co ukrywać, że bardzo często w okresie chodzenia ze sobą zdarza się coś niedobrego w dziedzinie czystości. Zbyt odważne dotknięcia, za dużo namiętności, itp. I wtedy przypomnij sobie – jak ta druga strona zareagowała ? Uśmiechem mówiącym, że było super ? A może twoja dziewczyna posmutniała i powiedziała: Boże, co myśmy najlepszego zrobili. Chodźmy do spowiedzi. Jak najszybciej. 
Byłoby najlepiej, gdyby takie sytuacje w ogóle nie miały miejsca. Ale cóż – nie ma co ukrywać – zdarzają się. Jeśli ktoś wtedy nie zauważa grzechu, nie ma żadnych wyrzutów sumienia, to znowu powinno się zapalić czerwone światło. Ten ktoś nie liczy się z Bogiem. Dlatego jest bardzo prawdopodobne, że po ślubie, po latach, kiedy będzie chciał odejść, zdradzić, to żaden argument go nie zatrzyma. 
Wspomniałem o twoim ukochanym, ale jeśli to ty nie umiesz mówić: „przepraszam”, jeśli jesteś skłócona z całą rodziną, jeśli nie masz wyrzutów sumienia z powodu ciężkiego grzechu, to znak, że musisz zaczekać ze słowem ”kocham”. Czy dziś w twoich ustach nie byłoby ono kłamstwem ?
To tylko kilka prawd o autentycznej miłości. Jaśniały one w życiu ludzi napełnionych Duchem Świętym. Uchronił ich przed ciągłym błądzeniem w labiryncie złudnych emocji i bolesnych rozczarowań. Dlatego warto przeżywać z Nim wszystkie dni. Wakacyjne też.
                                            

Może teraz zapytasz: jak spotkać Ducha Pocieszyciela ? Jak ma Go odnaleźć zwyczajny, marny człowiek uwikłany w grzech, w swoje słabości ? Odpowiem tak: a co robi owieczka, która zgubiła się pasterzowi i wplątała w bolesne ciernie ? Niewiele może zrobić – tylko dzwonić dzwoneczkiem na szyi i rozpaczliwie beczeć. Nam właśnie pozostaje to samo: przyzywać Pocieszyciela. Musimy to czynić z głęboką nadzieją. Bo nieważne ile masz lat, co przeżyłeś, za kogo cię ludzie uważają, na jakiej drodze życia jesteś. Zawołaj, On na pewno usłyszy, na pewno cię odnajdzie. Duch tchnie, kędy chce.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Po co bierzmowanie ? (20)

Rozszyfrować Pana Boga

W sakramencie bierzmowania otrzymujemy dar mądrości. Czy pomoże nam on lepiej sobie radzić przy szkolnej tablicy albo na sprawdzianie ? Jest to nieco skomplikowany problem, ale i tego wykluczyć nie można, jeśli oczywiście sami spełniamy kilka istotnych warunków. Natomiast tym wszystkim, którzy są otwarci na Ducha Świętego, daje On niesamowitą mądrość życiową. Sporo można by tu pisać, ale wspomnę tylko o jednym z jej aspektów.
Przypomina mi się scena z filmu „Piękny umysł”. Jego bohater, genialny matematyk, został poproszony przez władze wojskowe o przeanalizowanie dziwnego ciągu liczb, przechwyconego przez nasłuch służb kontrwywiadu. Wprowadzono go do pomieszczenia o szklanych ścianach. Były one od podłogi do sufitu zapisane różnymi liczbami. Bohater filmu zaczął w skupieniu przyglądać się tysiącom cyfr z lewej strony, z prawej, na górze, na dole i nagle… dostrzegł w nich jakiś wyraźny porządek ! Wśród pozornego bezładu, bałaganu, przypadkowości zauważył ciąg, który bez wątpienia coś znaczył. W ten sposób rozszyfrowano przedsięwzięcie wrogiego mocarstwa.
Wydarzenia naszego życia następują po sobie niekiedy zupełnie przypadkowo. Miesiąc temu chorowałem na anginę, potem wujek miał wypadek samochodowy, potem super poszła mi matura, niestety zaraz po niej miałem rwanie zęba, itd… Życie jak życie. A chyba wszystko w nim takie bezładne i przypadkowe. Kiedy jednak dostaniemy Boży dar mądrości, to nagle możemy odkryć, że to wszystko układa się w naszym życiu w jakąś niezwykłą konstelację. W świetle wiary można w niej odkryć coś zadziwiającego, a nawet doznać olśnienia: Boże, aleś to wszystko ustawił ! Jak mądrze, jak przewidująco ! Nawet nie dostrzegłem, kiedy w moim życiu realizował się Twój plan zbawienia ! Ty jesteś genialny !
Bóg bardzo pragnie, abyśmy doszli do Jego domu. Przygotował go dla nas tak cudownie, że ludzki język nie może tego opisać, a rozum pojąć. Problem polega na tym, że my niekiedy skręcamy z drogi wiodącej do nieba, bo zły duch rozsypuje nam kolorowe błyskotki na bocznych ślepych uliczkach. I co Pan Bóg może wtedy zrobić ? Za kołnierz nas nie złapie, by nas w naszym wędrowaniu prawidłowo ustawić. Nie zrobi tego, bo tak szanuje naszą wolność. Jezus mógł tylko płakać nad ludźmi w Jerozolimie…
Dlatego Bóg, nie używając wobec nas przymusu, układa dla nas jakby scenariusz czy plan i zaprasza do jego spełnienia. Kiedy narozrabiamy i w czymś Mu się sprzeciwimy, On natychmiast przygotowuje wersję awaryjną, by znowu nas ratować. Ileż sytuacji, spotkań, rozmów, chwil szczęśliwych i smutnych szykuje dla nas Bóg, byśmy w końcu, w wolności swego serca, powiedzieli Mu: kocham Cię i chcę być Twój. Każdy z nas ma przygotowany taki plan Bożej Opatrzności. Przypomina on niekiedy sensacyjny film, w którym główny bohater ginie na początku, a kiedy widzowie pytają zaskoczeni: o co tu chodzi ? okazuje się, że on, oczywiście, żyje ! I tak jeszcze kilka razy się wszystko do góry nogami wywraca i tak kręci, że gdy przychodzi zaskakujący finał, to wszyscy mówią: ale numer ! zupełnie się tego nie spodziewałem !
Błogosławieni ci, którzy próbują rozszyfrować ten Boży scenariusz. Błogosławieni, którzy podejmują w nim tę pasjonującą akcję miłości. W całym swoim życiu nie przeżyją nic bardziej niesamowitego.