Licznik odwiedzin

piątek, 21 września 2018

Hymn o miłości (1 Kor 13,1-13)

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką możliwą wiarę, tak iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich jednak jest miłość.
KOMENTARZ
Miłość mająca swoje źródło w Bogu jest jedyną życiodajną siłą, dzięki której wspólnota chrześcijańska trwa i się rozwija. Dzięki miłości zakorzenionej w Chrystusie chrześcijanin jest zdolny otworzyć się na potrzeby innych i potrafi dzielić się z innymi wszelkimi darami i dobrami, aby wzrastało wspólne dobro. Tylko dzięki miłości wszelkie ludzkie działanie zachowuje swoją wartość, staje się skuteczne i przynosi chwałę Bogu. Człowiek z natury jest zdolny do tego, by kochać. Każdy, kto łączy się z Chrystusem, jest zdolny kochać nie tylko przyjaciół, ale również nieprzyjaciół. Miłość zakorzeniona w Chrystusie wolna jest od egoizmu, wypaczeń i kłamstwa. Dzięki niej ludzie mogą doświadczyć obecności Boga.

środa, 29 sierpnia 2018

Z piekła narkomanii...

O swojej przeszłości jest mi nieprzyjemnie opowiadać - mijała ona w mgle narkomanii. Dzisiaj czasami mówią mi: „Ty wiele lat żyjesz normalnym życiem, masz rodzinę, dzieci i całkiem inne życie. Po co tak cały czas wspominać przeszłość i opowiadać te straszne rzeczy o sobie”?
Urodziłam się w zwyczajnej rodzinie, gdzie panowały miłość i zgoda. Od pierwszej klasy zajmowałam się muzyką i sportem., osiągnęłam pewne sukcesy. 
Urodziłam się w zwyczajnej rodzinie, gdzie panowały miłość i zgoda. Od pierwszej klasy zajmowałam się muzyką i sportem., osiągnęłam pewne sukcesy. Wydawało się przyszłość moja jest zabezpieczona i będę człowiekiem sukcesu. Ale jakoś koledzy z klasy zaproponowali mi wypalić papierosa i spróbować szampana. Nic strasznego się ze mną nie stało. Ja dalej zostałam radującą się z życia dziewczynką. Ani rodzina, ani nauczyciele żadnych odchyleń u mnie nie zauważyli. Jednak te zmiany się odbyły. Zaczęłam prowadzić podwójne życie. W dzień byłam taka jak wcześniej, a wieczorem zajmowałam się czymś drugim.
„Pociąg” do złego rósł. I niebawem za mało mi było papierosów i alkoholu. Spróbowałam wypalić „wesołego” papierosa. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to narkotyk, a oficjalna myśl była taka, że w Związku Radzieckim nie ma narkomanii i nikt nam nie mówił o tym problemie. Dlatego ja przedłużałam palenie marihuany, nie przypatrując się następstwom.
Za jakiś czas zaproponowano mi „ukłuć się”. I poszło- pojechało. Życie przemieniło się w całkowity strach. Z początku zdawało się, że ja w pełni kontroluję sytuację i wszystko jest dobrze w moim życiu- rozwaga, narkotyki, nowe znajomości. Ale jakoś obudziwszy się rankiem, odczułam niedomagania. Myślałam, że to grypa. Zatelefonowałam do tzw. „przyjaciół” i usłyszałam, że ja na pewno stałam się narkomanką i zaczął się „głód”. Nie wiedziałam co to jest i powiedziałam: „Ja zaraz przyjdę i dacie mi dawkę, bo muszę dzisiaj iść do szkoły”. „Wiesz narkotyki dużo kosztują- usłyszałam w odpowiedzi, chociaż dotąd dawali mi bezpłatnie.- Dlatego znajdź pieniądze i my ci pomożemy”.
Ja miałam tylko 14 lat i pieniędzy zwyczajnie nie miałam. Ale miałam znajome dziewczyny w naszej grupie, które jak wiedziałam zajmowały się prostytucją i zawsze miały pieniądze. Jedna z dziewczyn pomogła mi, ale powiedziała, że wieczorem przyjdzie mi się z nią odpracować...
Ja marzyłam o miłości, o własnej rodzinie, natomiast przyszło mi się „targować” sobą. Czym więcej tym się zajmowałam, tym więcej zażywałam narkotyków, aby przygłuszyć sumienie, nie męczyć się tym co się ze mną dzieje...
Przez kilka lat straciłam powab i zdrowie, na ciele pojawiły się ropiejące rany, sińce, już nie mogłam zajmować się prostytucją. I aby zdobyć pieniądze na kolejne porcje narkotyków, zaczęłam kraść. Robiłam także próby pozbycia się uzależnienia od narkotyków. Ale daremnie: lekarze już mi nie mogli dopomóc. Jak tylko wychodziłam ze szpitala, od pierwszego dnia zaczynałam się kłuć.
Wszystko było beznadziejne: nienawiść, ból, zawładnęła mną obraza na siebie i na ludzi. Ale jakoś przeniknęła mnie „pobożna” myśl: „Jeżeli ja urodzę dziecko to oddam mu cała swoją miłość i to pomoże uwolnić się od narkotyków”.
W wieku 23 lat, z 9 letnim stażem narkomanki urodziłam chłopczyka. Za 2 tygodnie wypisano mnie ze szpitala i ja naprawdę poczułam się szczęśliwą matką. Ale za jakiś czas zrozumiałam, że przeszłość mnie nie odpuści. Uświadomiwszy sobie, że nic nie mogę dać swojemu chłopczykowi i dopomóc sobie, zostawiłam dziecko u mamy i znowu powróciłam na stary szlak: zaczęłam zażywać narkotyki...
Kolejny raz trafiłam do szpitala ze straszną diagnozą: nowotwór, rak krwi. Zrozumiałam, że umieram. Ważyłam wtedy blisko 40 kg, zaczęły się u mnie krwotoki. I wtedy poprosiłam lekarzy, aby uwolnili mnie od tego fizycznego „głodu”. Oni odpowiedzieli: „Tobie zostało kilka miesięcy. Niczym ci nie możemy dopomóc. Kłuj się i czekaj...”. Taki był ludzki osąd.
Ale u Boga były całkiem inne plany dla mojego życia.
Jakoś mama przyprowadziła do mnie ludzi, którzy mówili, że jest Bóg, który mnie kocha i nawet za mnie umarł i że On jest jedynym, który może mi dopomóc. Wszystko jedno ja im nie wierzyłam, nie mogłam zrozumieć po co Bogu potrzebna narkomanka, złodziejka, prostytutka... Jednak ci wierzący cały czas twierdzili, że Bóg i taką mnie lubi. I chwała Bogu za ich cierpliwość, za miłość, za ich pracę, dlatego, że w „końcu końców” coś się poruszyło w moim sercu...
Kiedy ja przestąpiłam próg kościoła, łzy chlipnęły z moich oczu, ja płakałam i błagałam: „Boże, jeżeli Ty jesteś, pokochaj mnie i zbaw”. I ten krzyk Bóg usłyszał. Od tej chwili w moim życiu odbyły się wielkie zmiany. Do kościoła przywieźli mnie taksówką, dlatego, że ja nie mogłam sama chodzić, a do domu poszłam już własnymi nogami. Bóg uwolnił mnie od narkotyków, fizycznych „głodów”. Więcej tego - On uzdrowił mnie od raka. Przez miesiąc poprawiłam się o 27 kg. I kiedy lekarze powtórnie zrobili analizę mojej krwi, to nie mogli uwierzyć. Na pewno - mówili, postawiliśmy pani pomyłkowa diagnozę. Nie - odpowiedziałam, Jezus mnie uzdrowił.
Następnym cudem było to, że wyszłam za mąż. Jaki to cud?- powie ktoś. Jednak wspomnijcie jaką ja byłam wcześniej. Przez 9 miesięcy Pan nie tylko odnowił moją duszę, uzdrowił moje duchowe rany, ale i odnowił ciało, przyprowadził mnie do porządku, po czym dał cudownego męża- też w minionym życiu narkomana. Ale Bóg zwolnił go od tej grzesznej zależności.
Uświadomiwszy sobie taką wszechosiągalną miłość Bożą przejawioną do nas, postanowiliśmy poświęcić nasze życie Panu, ratując takich jakimi byliśmy my sami, dlatego, że lepiej niż inni możemy zrozumieć takich ludzi. I poszliśmy do narkomanów, aby opowiedzieć o Chrystusie. Kiedy przyszłam do Boga mojemu synowi było 5 lat. On także był chory, cały czas, z powodu duszności. On dusił się, płakał i po prostu umierał na naszych rękach. Nadeszła noc, nie było żadnego transportu, aby odwieźć go do szpitala, ani telefonu (rehabilitacyjne centrum tylko co zaczęło działalność). Jednym słowem na pomoc nie było żadnej nadziei. W centrum było blisko 20 osób, byłych narkomanów, a teraz wierzących ludzi. Zostało nam tylko jedno - nadzieja w Bogu. Widzieliśmy jak dziecko się męczy, wszyscy razem schyliliśmy kolana i zaczęliśmy modlić się żarliwie. I chwała Wszechmogącemu! Mój syn ma teraz 15 lat i od tamtego czasu nie było więcej żadnego napadu duszności - Bóg odpowiedział na naszą modlitwę.
To był nie jedyny cud. Ja widziałam jak się zmieniają ludzie, kiedy Boża miłość przenika do ich serc. Ona uzdrawia i duszę i ciało. Kiedyś gdy byłam jeszcze narkomanką marzyłam o pracy w położnictwie. Uważałam, że taka praca sprzyja samemu życiu i je zabezpiecza. Nawet zaczęłam uczyć się medycyny, aby pracować w tej dziedzinie. Ale teraz, gdy nawróciłam się do Boga i widzę jak ludzie przychodzą do Niego, rodzą się z góry i znajdują nowe, szczęśliwe życie, ja dziękuję Bogu, że moje marzenie spełniło się, co prawda w bardziej ważnej- duchowej sferze. Bez tego nowego życia człowiek nie może zobaczyć Królestwa Bożego i nie może być szczęśliwym.
Źródło szczęścia- Pan i ja jestem Mu wdzięczna za to, że On i dzisiaj posyła swoich ludzi, aby ratować nieszczęśliwych i odrzuconych w liczbie, których byłam i ja. Ale „żniwo wielkie, lecz robotników mało”. Śpieszmy się ratować ludzi póki jest jeszcze czas.
 Ola Mielniczuk z Ukrainy


poniedziałek, 26 lutego 2018

„Anioła twarz”

Alek Nowak – polonijny artysta z Rzymu napisał piosenkę dla ukochanej siostry Beatki, która zasnęła w Panu 14 września 2017 r. po długiej walce z chorobą. . Beata odeszła cicho, pokornie i delikatnie, tak jak żyła. Alek tą piosenką dziękuje swojej siostrze za Jej piękne życie i za to, że dane Mu było widzieć „Anioła twarz” już podczas Jego ludzkiej codzienności.

Słowa i muzyka: Alek Nowak. Występuje Carlotta Nowak.
Dziękuję Ci, Alku, za to, że mogłam Wam towarzyszyć w tym trudnym czasie. Dziękuję Ci też za naszą przyjaźń, która rozwijała się w radości i we łzach. Dziękuję Ci, za to, że jesteś !!!

sobota, 17 lutego 2018

Helena Kmieć - stewardesa, która zdobyła niebo


Helena Kmieć (ur. 9 lutego 1991 r. w Krakowie, zm. 24 stycznia 2017 r. w Cochabamba)  miała wziąć udział w otwarciu ochronki dla dzieci w boliwijskim Cochabamba. Do Ameryki Południowej wyjechała 9 stycznia 2017 r. Miała pełnić tam posługę i nieść pomoc siostrom Służebniczkom Dębickim. Niespełna trzy tygodnie później w nocy z 23 na 24 stycznia 2017 doszło do napadu na ochronkę, w której mieszkała, Helena zginęła od ciosów zadanych nożem. Umrzeć w czasie pełnienia misji w wieku 25 lat, podczas gdy pragnie się ofiarować kilka miesięcy własnego życia służąc bliźnim. Oto bolesne oblicze męczeństwa, jakie przeżywa obecnie Kościół polski, w historii życia i śmierci Heleny Kmieć Młoda dziewczyna, absolwentka gliwickiej Politechniki, stewardesa w liniach lotniczych. Spotkania ze znajomymi, imprezy, związek z chłopakiem, z którym planowała założenie rodziny, podróże, wspinaczki górskie, rozwijanie talentu muzycznego, a w tym wszystkim wolontariat. Oddanie się ludziom i oddanie Bogu. Dobrze wiedziała, że nie można być młodym, a jednocześnie wygodnie leżeć na kanapie, zamykając oczy na świat. To właśnie wtedy w Krakowie spotkała siostry z Dębicy i usłyszała o prowadzonej przez nie ochronce w Cochabamba. Po powrocie do domu dojrzała w jej sercu idea: zakończyć studia z inżynierii chemicznej na Politechnice Śląskiej i wyjechać na kilka miesięcy, aby służyć dzieciom w Boliwii. Zresztą już wcześniej robiła coś podobnego w Rumunii, na Węgrzech i w Zambii. Dziś – rok od tamtych wydarzeń – do grobu młodej dziewczyny przybywają wierni niemal z całego świata. Dla nich już jest świętą. Często myślimy o świętości jako o czymś oderwanym od rzeczywistości, czymś nie do osiągnięcia. Każdy, kto spotkał Helenkę, wspomina, że to była przede wszystkim dobra osoba – wspomina ksiądz wikariusz z parafii św. Barbary w Libiążu. - Ona wcale nie żyła jakoś ascetycznie, miała przecież chłopaka, była normalną dziewczyną taką, jak każda inna – dodaje ks. Sebastian. Tak samo zapamiętał ją biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej, prywatnie wujek zamordowanej bp Jan Zając. - Helenka to była osoba pełna zapału. Wiadomo, że głęboko religijna, ale i otwarta na drugiego człowieka. Skończyła studia, pracowała, zawsze była włączona w działanie wolontariatu, brała czynny udział w Światowych Dniach Młodzieży jako wolontariuszka, świetnie znała język angielski, bo studiowała w tym języku – mówi nam bp Zając. Helena na pewno ofiarowała swoje życie Panu Bogu, ale nie w takim sensie, że miała iść do zakonu, ale przez to, że wiedziała, że Pan Bóg ma najlepszy plan na jej życie. Wiedziała, że jeśli pozwoli się Bogu wprowadzić do swojego życia, to przeżyje je najlepiej na świecie, że wykorzysta je na maksimum – wspomina siostra Helenki.
Oddana ludziom i Bogu
Wszystkie te historie łączy jedno: służba. Żeby zrozumieć życie Helenki, trzeba rozważyć tajemnicę tego słowa. Jej służba często miała charakter prosty, codzienny. Przejawiała się w najprostszy możliwy sposób: uśmiech do drugiego, pomoc w lekcjach, wspólny spacer i wysłuchanie problemów innych osób, wyręczenie kogoś w pracy, kiedy współpracownik miał gorszy dzień. Nic wielkiego, po prostu: służba.
Helenka była osobą, która się nie skarżyła. Ze swoimi problemami, zmartwieniami najczęściej kierowała się do Pana Boga i Jemu powierzała dużo swoich trudności. Oczywiście zdarzało się, że czasem opowiadała mi o jakimś problemie i prosiła o radę – wspomina dzisiaj siostra Heleny. - Myślę, że były też takie sytuacje, o których wiedziała tylko ona i Pan Bóg - dodaje Teresa Kmieć.
Uśmiech, wsparcie, dobre słowo - tym Helenka zdobywała sobie przyjaźnie i tak została zapamiętana przez innych.
Helenka była zawsze pełna energii, radości, wszędzie gdzie się pojawiała, rozsiewała dobro - mówi nam Paulina Plucińska, przyjaciółka Heleny. - Miała w sobie coś takiego, co sprawiało, że lubiłam z nią przebywać. Takie wewnętrzne ciepło i siłę, których nie potrafię zdefiniować. Nie przypominam sobie sytuacji, w której komukolwiek odmówiłaby pomocy. Ale potrafiła też ją przyjmować, nie wstydziła się tego, że miała gorsze momenty. Myślę, że tak silny człowiek może być tylko "po Bożemu", kiedy pokłada w Nim nadzieję.
"Misyjne ścieżki"
To właśnie ta nadzieja, o której wspomina przyjaciółka, pchała Helenkę do podejmowania kolejnych wyzwań. Także tych najtrudniejszych.
Helena należała do Wspólnoty Wolontariatu Misyjnego "Salvator". To grupa młodych ludzi skupiona przy zgromadzeniu salwatorianów. Polscy wolontariusze działają na placówkach misyjnych w różnych krajach, pomagając osobom potrzebującym w szkołach, szpitalach, hospicjach, placówkach wychowawczych i przy parafiach. Bliscy i znajomi ostrzegali. Mówili jej: "to jest bardzo niebezpieczny teren". Odpowiadała im: "dlatego pojadę, żeby właśnie tam być, żeby tym dzieciom pomóc".
Wyjątkowość jej pracy polegała na tym, że jak sobie coś przemyślała i przemodliła, to zawsze to wykonywała – słyszymy od księdza Sebastiana Kozyry.
Pomoc stawiała w pierwszej kolejności, była dla niej najważniejsza.
Gdy Helena wyjeżdżała, napisała do mnie SMS-a, że na pewno szybko się zobaczymy. I chociaż to miało być za sześć miesięcy, to ja wtedy pomyślałam: szybko zleci, nie ma się o co martwić – opowiada nam Teresa Kmieć. - Ostatni raz przed jej wylotem widziałyśmy się w domu i trwało to zaledwie cztery dni.
Helena miała głowę pełną pomysłów. Już przed wylotem wiedziała, co będzie robić, jak wróci z Boliwii.
Często powtarzała zdanie: jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz Mu o swoich planach. Każdy z nas ma jakieś wyobrażenie swojego życia, ale nie zawsze jest ono zgodne z planem, jaki ma dla nas Bóg – wspomina w rozmowie z Onetem Paulina z libiąskiej grupy apostolskiej.
Wydaje się, że Helena dobrze znała boskie plany względem swojej osoby. Jadąc na misję, nie mogła jednak przewidzieć tego, co miało wydarzyć się w nocy 23/24 stycznia w Cochabamba. W ochronce, w której nocowały wolontariuszki, dochodzi do napadu. Jak podają lokalne media, atak najprawdopodobniej miał podłoże rabunkowe. Helena umiera od serii ciosów zadanych nożem. Pomoc przychodzi zbyt późno.
Zadzwonił do mnie ks. prowincjał salwatorianów z informacją o zbrodni. Miejsce zabezpieczone wysokim murem, kraty w oknach, jak mówiły siostry – wspomina tamte wydarzenia biskup Zając.
Grób Helenki w Libiążu co jakiś czas odwiedzają wierni. Z Boliwii, Węgier, Polski. Ostatnio nad mogiłą modlił się ksiądz Krzysztof Domagalski, polski misjonarz, który swoją posługę pełni w północno-wschodniej Boliwii.
Kiedy dowiedziałem się o zabójstwie młodej, polskiej misjonarski w miejscowości Cochabamba, postanowiłem, że jeśli kiedykolwiek udam się jeszcze do ojczyzny, to pierwszym miejscem, które odwiedzę, będzie właśnie miasto, z którego pochodziła Helenka. Dlatego tu jestem – mówi. Dzisiaj spełniłem obietnicę; poznałem najbliższych Helenki, mogłem pomodlić się nad jej grobem – dodaje.
Krótko po śmierci polskiej wolontariuszki kardynał Stanisław Dziwisz powiedział wprost: Helena została męczenniczką. Kościół buduje swoją ciągłą młodość przez męczenników. Nie tylko tych odległych, ale też tych dzisiejszych – tłumaczył wtedy kardynał.
Świętym nie zostaje się po śmierci, lecz jest się nim za życia. Kościół – po dokładnym zbadaniu życia kandydatów na ołtarze – wydaje tylko ostateczny werdykt, że danej postaci przysługuje ten tytuł. Ważne jest, że apostolska posługa Helenki trwa nadal, a jej życie oddane Bogu i ludziom może być także cenną inspiracją do odważnego pójścia drogą Ewangelii, która nie ma granic.


środa, 14 lutego 2018

Środa Popielcowa czy walentynki !


Środa Popielcowa w tym roku przypada 14 lutego i tego dnia świętujemy także walentynki - Dzień Zakochanych. Święty Walenty – patron zakochanych. Bóg nie potrzebuje patrona, ale jest w nas szalenie zakochany. Tak bardzo, że dał nam swojego Syna, aby nas zbawił, a nie potępił. On nas szalenie kocha, dlatego świętujmy dziś dzień zakochanych. Przyszliśmy tu dziś, nie dlatego, że rozpoczynamy smutny czas umartwienia, ale dlatego, że rozpoczynamy naszą nową przygodę, która może być ryzykowna i zaskakująca w skutkach. Rozpoczynamy nie smutno, a poważnie. Ta przygoda to zaproszenie nas do romansu. Mówimy o poście, że to wyjście na pustynię. Prorok Ozeasz mówi o takim wyjściu w ten sposób: Dlatego zwabię ją i wyprowadzę na pustynię, i przemówię do jej serca. Bóg chce cię uwieść. Dosłownie, chce cię porwać i uwieść jak ukochaną osobę. Bóg Cię pragnie. Jest tak, że kiedy ludzie się w sobie zakochują, to uciekają na pustynię, uciekają od ludzi, bo chcą jak najwięcej czasu spędzić ze sobą, by się sobą nacieszyć, by siebie poznać, by po prostu ze sobą być. Godzinami potrafią się w siebie wpatrywać, idealizują drugą osobę, widzą to, co piękne.
Bóg dziś porywa nas na pustynię, chce tam z nami spędzić kolejne 40 dni, by się w nas wpatrywać, by nas idealizować, jak to czynią zakochani. I nie dajmy sobie wmówić, że nie mamy czasu na miłość. Bóg jest twardym wojownikiem, jest tym który walczy, tym, który jest dziki, widać to w męskości. Jednak Bóg nie stworzył tylko mężczyzny na swój obraz. Stworzył również kobietę. I w niej właśnie widać jaki On również jest. Jest delikatny, czuły, zalotny. I to właśnie taki Bóg dziś porywa nas na pustynię. Bóg jest i silny, i delikatny.
Rozpoczynamy, coś, co nazywamy Postem. Jeśli ograniczenia, które sobie nakładam lub przyjmuję nie są podparte miłością i wiarą, zostają tylko dziwny jarzmem nałożonym na szyję naszej wolności. Cokolwiek dziś postanowimy niech będzie poparte przekonaniem serca i wiarą w Jezusa. Post może być niezłą przygodą, wcale nie polegającą na niejedzeniu czegoś, ale na szukaniu tego, co służy mi bardziej w tym moim pozwoleniu Bogu, na porwanie mnie na pustynię. Wszystko, co postanowisz robić lub nie robić, niech będzie poprzedzone także pytaniem na ile mi to pozwoli bardziej, mocniej spotkać Pana?
W imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień. W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem. Jeśli wyjście na pustynię z Bogiem, ma się dokonać w klimacie zakochania, to podobnie jak właśnie w relacji między zakochanymi, musi się to wszystko odbywać w klimacie szczerości i prawdy. Bóg nie zaprasza nas do przeżycia kolejnego odcinka telenoweli, ale do osobistego przeżycia miłości. Więc odpowiadając dziś pozytywnie na jego miłosne zaproszenie, chciejmy stanąć w prawdzie i pojednać się z Nim. Po drugie nie zdziwmy się, kiedy w trakcie naszego z Nim bycia, trzeba będzie zrobić rzecz, która jest niewygodna, która jest traceniem siebie i swojego dobrego samo-poczucia.
Wyjście na pustynię, z kimś, Kto może do końca nie jest Ci znany, Kto jeszcze do tego proponuje Ci romans, może się wydawać co najmniej dziwne. Nie bój się tej dziwności, nie bój się tego, że wydaje się to niesamowite. Każda miłość na początku wydaje się dziwna i niesamowita. Wręcz ryzykowna. Nie bój się. Zaryzykuj, niczego nie stracisz, a możesz przeżyć miłość życia.


niedziela, 31 grudnia 2017

Niech będzie to szczęśliwy rok...

„Niech będzie to szczęśliwy ROK,
Niech Wam przyniesie nadziei moc,
Niech Wam nie zabraknie chleba,
Niech Wam będzie lżej.” 
(słowa z kolędy Alka Nowak)