Licznik odwiedzin
wtorek, 23 stycznia 2018
niedziela, 31 grudnia 2017
Niech będzie to szczęśliwy rok...
„Niech będzie to szczęśliwy
ROK,
Niech Wam przyniesie nadziei
moc,
Niech Wam nie zabraknie chleba,
Niech Wam będzie lżej.”
(słowa z kolędy Alka Nowak)
wtorek, 24 października 2017
Szukając szczęścia...
Ci, co znaleźli miłość prawdziwą, swoje szczęście odnajdą
Ci którymi nie rządzi chciwość (nie), swoje szczęście odnajdą
Ci, co wiedzą co to uczciwość, swoje szczęście odnajdą
Masz przy sobie ludzi, którzy zawsze ci pomogą
Murem staną za Tobą, więc doceń to…
Życie ciągle zatacza swój krąg,
Z podwójną siłą odbija się każdy błąd.
Szukając szczęścia, Ty bacz na każdy krok
Gdy myślisz że trzymasz je w garści, ono wypada ci z rąk.
Rodzimy się sami, umieramy sami, zaplątani w pożądania sieci i
Zapominamy, że nie wszystko złotem, co się świeci nie, nie, nie!
Choć niby już dorośli, to w środku jeszcze dzieci,
Wciąż próbujemy odnaleźć samych siebie w tej zamieci.
Poszukiwanie sensu życia trwa już od stuleci.
Tak wiele pytań, a brak jakichkolwiek odpowiedzi
Więc obudź w sobie uczucia, nie, nie bądź jałowy jak tundra!
Spiesz się kochać ludzi, liczy się każda sekunda!
Ci, co znaleźli miłość prawdziwą, swoje szczęście odnajdą
Ci którymi nie rządzi chciwość (nie), swoje szczęście odnajdą
Ci, co wiedzą co to uczciwo-ość, swoje szczęście odnajdą
Masz przy sobie ludzi, którzy zawsze ci pomogą
Murem staną za Tobą, więc doceń to…
A ja się dystansuję,
Naciskam "play", chilluję.
Zamykam oczy i w swoim pokoju kontempluje.
Doceniam to, co czuję,
Szczęściem koloruję,
Za każdą chwilę wszystkim przyjaciołom, szczerze dziękuję.
Czasy się zmieniają trzeba żyć na własną rękę,
Uwierz mi do tego będzie Ci potrzebne szczęście,
Nie patrz na tych chciwych Ty i tak masz od nich więcej,
Swoich ludzi, wolność słowa i odważne serce.
Gdyby nie to, nie było by tu nas,
Gdyby nie Ty i poświęcony na szukanie szczęścia czas.
Nigdy się nie dowie ten, który nie zna cierpienia,
że to nie materialna rzecz jest sensem istnienia.
Dla mnie szczęście to: zdrowie, rodzina, muzyka, kobieta,
Dom, który zawsze na mnie czeka.
Tak to jest, życie ma tyle samo wad ile zalet
Mówi tobie Manolo i Bednarek!
Ci, co znaleźli miłość prawdziwą, swoje szczęście odnajdą
Ci którymi nie rządzi chciwość (nie), swoje szczęście odnajdą
Ci, co wiedzą co to uczciwo-ość, swoje szczęście odnajdą
Masz przy sobie ludzi, którzy zawsze ci pomogą
Murem staną za Tobą, więc doceń to…
Doceń to, doceń to. Doceń to, doceń to !
Doceń to, doceń to. Doceń to, doceń to, doceń to-ohohoohoh !
Ci którymi nie rządzi chciwość (nie), swoje szczęście odnajdą
Ci, co wiedzą co to uczciwość, swoje szczęście odnajdą
Masz przy sobie ludzi, którzy zawsze ci pomogą
Murem staną za Tobą, więc doceń to…
Życie ciągle zatacza swój krąg,
Z podwójną siłą odbija się każdy błąd.
Szukając szczęścia, Ty bacz na każdy krok
Gdy myślisz że trzymasz je w garści, ono wypada ci z rąk.
Rodzimy się sami, umieramy sami, zaplątani w pożądania sieci i
Zapominamy, że nie wszystko złotem, co się świeci nie, nie, nie!
Choć niby już dorośli, to w środku jeszcze dzieci,
Wciąż próbujemy odnaleźć samych siebie w tej zamieci.
Poszukiwanie sensu życia trwa już od stuleci.
Tak wiele pytań, a brak jakichkolwiek odpowiedzi
Więc obudź w sobie uczucia, nie, nie bądź jałowy jak tundra!
Spiesz się kochać ludzi, liczy się każda sekunda!
Ci, co znaleźli miłość prawdziwą, swoje szczęście odnajdą
Ci którymi nie rządzi chciwość (nie), swoje szczęście odnajdą
Ci, co wiedzą co to uczciwo-ość, swoje szczęście odnajdą
Masz przy sobie ludzi, którzy zawsze ci pomogą
Murem staną za Tobą, więc doceń to…
A ja się dystansuję,
Naciskam "play", chilluję.
Zamykam oczy i w swoim pokoju kontempluje.
Doceniam to, co czuję,
Szczęściem koloruję,
Za każdą chwilę wszystkim przyjaciołom, szczerze dziękuję.
Czasy się zmieniają trzeba żyć na własną rękę,
Uwierz mi do tego będzie Ci potrzebne szczęście,
Nie patrz na tych chciwych Ty i tak masz od nich więcej,
Swoich ludzi, wolność słowa i odważne serce.
Gdyby nie to, nie było by tu nas,
Gdyby nie Ty i poświęcony na szukanie szczęścia czas.
Nigdy się nie dowie ten, który nie zna cierpienia,
że to nie materialna rzecz jest sensem istnienia.
Dla mnie szczęście to: zdrowie, rodzina, muzyka, kobieta,
Dom, który zawsze na mnie czeka.
Tak to jest, życie ma tyle samo wad ile zalet
Mówi tobie Manolo i Bednarek!
Ci, co znaleźli miłość prawdziwą, swoje szczęście odnajdą
Ci którymi nie rządzi chciwość (nie), swoje szczęście odnajdą
Ci, co wiedzą co to uczciwo-ość, swoje szczęście odnajdą
Masz przy sobie ludzi, którzy zawsze ci pomogą
Murem staną za Tobą, więc doceń to…
Doceń to, doceń to. Doceń to, doceń to !
Doceń to, doceń to. Doceń to, doceń to, doceń to-ohohoohoh !
czwartek, 5 października 2017
Dwukrotna mistrzyni olimpijska: „Na zawody chodzę z różańcem. A mój talent jest darem od Boga.”
Jej ojciec odszedł, kiedy była jeszcze niemowlakiem.
Matka, alkoholiczka i ćpunka zniszczona przez nałóg, przestała się nią
opiekować i ją oddała. Dziś Simone Biles mówi, że uratowały ją dwie rzeczy –
dziadkowie i wiara.
W wieku 19 lat, Simone Biles zdobyła złoty medal
olimpijski w wieloboju gimnastycznym w Rio de Janeiro dla Stanów Zjednoczonych.
Kilka dni wcześniej wygrała złoto z drużyną. Zaś w ostatnich trzech latach w
różnych konkurencjach gimnastycznych wywalczyła tytuł mistrzyni świata aż 10
(słownie: dziesięć!) razy. Po tych dwóch złotych krążkach w Rio jest
najbardziej utytułowaną zawodniczką w historii tego sportu. Mówią, że to
najlepsza gimnastyczka, która się kiedykolwiek narodziła. Że oszukuje
grawitację. Że jest w stanie wykonać ćwiczenia, których nikt inny nie potrafi
zrobić. A ona odpowiada: „Talent jest
darem od Boga dla ciebie. To co zrobisz ze swoim talentem, jest twoim darem dla
Boga.”
Porzuconą przez ojca i matkę małą Simone zajęli się
jej dziadkowie, Ron i Nellie Biles. Gdy dziewczynka miała sześć lat, adoptowali
ją razem z jej siostrą. Tym sposobem Simone dorastała w stabilnej, teksańskiej
rodzinie i została wychowana w wierze chrześcijańskiej, gdyż jej dziadkowie są
gorliwymi katolikami. Razem z nimi co niedzielę chodziła i dalej chodzi na Mszę
św. do kościoła. I to do nich mówi „mamo” i „tato”.
„Nellie, czyli tak naprawdę moja babcia, po adopcji
powiedziała mi, że mogę się do niej zwracać tak jak uważam, że to moja decyzja,
opowiada Simone Biles. „Miałam wtedy sześć lat. Poszłam na górę i ćwiczyłam
przed lustrem – mamo, tato, mamo, tato. Wróciłem na dół, a Nellie akurat stała
w kuchni. Więc zagadałam do niej – mamo? A ona odpowiedziała: tak!”
W tym samym czasie zaczęła się także kariera sportowa
Simone. „Simone była bardzo aktywnym dzieckiem, uwielbiała skakać czy wspinać
się po naszych meblach,” wspomina jej matka adopcyjna, Nellie. W pewnej hali
gimnastycznej Simone zobaczyła młodych zawodników wykonujących ćwiczenia.
Zaczęła ich naśladować i tym samym zwaliła z nóg obecnych nauczycieli i
trenerów. Dali jej natychmiast mnóstwo ulotek i materiałów informacyjnych o
gimnastyce, namawiali ją także, żeby zaczęła się u nich uczyć tego sportu.
I tak się rozpoczęła kariera, której efektem – jak na
razie, Simone ma dopiero 20 lat – jest 19 medali (w tym dziesięć złotych) na
mistrzostwach świata oraz wspomniane już dwa złote olimpijskie z Rio de
Janeiro. Po roku treningów w małej hali w Teksasie niebywały talent dziewczynki
dostrzegła Aimee Boorman, była zawodniczka, a obecnie trenerka gimnastyki
sportowej. Simone mówi o niej, że jest „jak druga matka”. Po kolejnych latach
ciężkiej pracy Simone Biles dostała się do reprezentacji USA.
Mimo swoich wielkich osiągnięć
Simone pozostaje jednak skromna. „Nie byłoby mojego sukcesu, gdyby nie Bóg oraz
wspaniała drużyna wokół mnie,” podkreśla. W skład tej drużyny wchodzą przede
wszystkim jej dziadkowie-rodzice, którzy już na początku przygody Simone z
gimnastyką wybudowali jej małą halę niedaleko domu, aby mogła trenować i się
doskonalić. Poświęcenie rodziców adopcyjnych było kluczowym elementem jej
rozwoju. „Potrzeby moich rodziców są dla mnie ważniejsze od moich własnych. To
oni i cała moja drużyna są moją motywacją,” dodaje 20-letnia Simone Biles.
Biles nie ukrywa ponadto, jak dużą rolę w jej życiu odgrywa
wiara. „Moja mama, Nellie, w kościele dała mi różaniec. Przed samymi zawodami
nie modlę się na nim, tylko modlę się wówczas indywidualnie i swoimi słowami.
Ale i tak zawsze mam go ze sobą, bo nigdy nie wiadomo,” tłumaczy Simone Biles.
W Stanach Zjednoczonych Simone Biles jest wielką
gwiazdą, na zawody z jej udziałem przychodzą tłumy, a o jej wizerunek zabiegają
największe firmy amerykańskie. Stacje telewizyjne biją się o wywiady z nią.
Ma tylko 1,42 m wzrostu, ale swoją postawą ducha
przewyższa wielu. Zaś pytana o swoje dalsze oczekiwania po tak wielkich
sukcesach odpowiada po prostu: „Nie mam. Wychodząc na zawody moim jedynym
oczekiwaniem jest pokazać to, co wypracowałam na treningach. Nie oczekuję, że
pokażę cokolwiek więcej, ale też nie akceptuję, że pokażę cokolwiek mniej.
Jeżeli wygram to się cieszę, ale jak wygra ktoś inny to też się cieszę,
ponieważ wiem, ile ciężkiej pracy musiał w to włożyć.”
Postawa godna mistrzyni. Nie tylko na macie gimnastycznej,
ale także poza nią…
wtorek, 5 września 2017
Warunki naśladowania Jezusa (Mk 8,34-38)
„Jezus przywołał do siebie
tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: «Jeśli kto chce pójść za Mną, niech
się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo
kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie
i Ewangelii, zachowa je. Cóż bowiem za korzyść stanowi dla człowieka zyskać
świat cały, a swoją duszę utracić? Bo cóż może dać człowiek w zamian za swoją
duszę? Kto się bowiem Mnie i słów moich zawstydzi przed tym pokoleniem
wiarołomnym i grzesznym, tego Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie
w chwale Ojca swojego razem z aniołami świętymi».
KOMENTARZ
Logika Boża jest całkowicie inna od logiki ludzkiej. Naśladowcom Jezusa zostały postawione trzy warunki: zaparcie się samego siebie, niesienie krzyża i podążanie za Jezusem. Kto idzie za Jezusem, musi uczyć się do Niego przyjmowania różnych utrapień życia. Kto zatroskany jest wyłącznie o własne „ja”, straci swoje życie i rozminie się z celem, do którego zmierza. Całe życie, i materialne i duchowe, można posiąść tylko przez całkowity dar z siebie. Jezus nie oczekuje, że wyrzekniemy się życia, lecz poleca, byśmy zmienili wyraz tego, aktualnego życia, byśmy ustawili je na linii miłości – miłości Boga i bliźniego.
Logika Boża jest całkowicie inna od logiki ludzkiej. Naśladowcom Jezusa zostały postawione trzy warunki: zaparcie się samego siebie, niesienie krzyża i podążanie za Jezusem. Kto idzie za Jezusem, musi uczyć się do Niego przyjmowania różnych utrapień życia. Kto zatroskany jest wyłącznie o własne „ja”, straci swoje życie i rozminie się z celem, do którego zmierza. Całe życie, i materialne i duchowe, można posiąść tylko przez całkowity dar z siebie. Jezus nie oczekuje, że wyrzekniemy się życia, lecz poleca, byśmy zmienili wyraz tego, aktualnego życia, byśmy ustawili je na linii miłości – miłości Boga i bliźniego.
poniedziałek, 21 sierpnia 2017
Dać dzieciom podstawy do poznania Boga
Wiele lat temu gigant polskiej sceny reggae
– Dariusz Malejonek - zrezygnował z życia rockandrollowca na rzecz rodzinnej
stabilizacji. Został – jak sam mówi – „Family man”. Co spowodowało tę
przemianę?
Po
pierwsze miłość. Spotkałem kogoś, kogo mocno pokochałem. Było to dla mnie coś,
czego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Potem, kiedy pojawiły się dzieci,
zacząłem odkrywać rolę ojca. To największe ubogacenie, jakie może być, kiedy
można nie tylko brać, lecz tak- że dawać innym. To w rodzinie najpiękniejsza
rzecz. Dzięki rodzinie, dzieciom, udaje mi się walczyć z własnym egoizmem,
pychą. To są cechy, które niszczą ludzi. Ale nawet z rodziną nie dałbym rady
zmienić się. Potrzebuję do tego wsparcia od Boga.
Późno Go pan odnalazł…
To
prawda. Moi rodzice byli ludźmi bardzo szlachetnymi, ale niewierzącymi. W domu
rodzinnym nigdy nie rozmawiało się o Bogu i wierze, ale też rodzice nie
nastawiali mnie przeciw religii. Przez długi czas ja sam też nie wierzyłem w
Boga. Moje życie było wtedy niezbyt poukładane. Wręcz poszarpane. Teraz, kiedy
patrzę wstecz, widzę, że kiedyś byłem jak szczur w klatce. Miotający się w
niewoli swoich urojeń i żądz. Chodzący w różnych protezach szczęścia i
wolności. Teraz jestem człowiekiem prawdziwie wolnym, bo doświadczyłem miłości
Jezusa Chrystusa.
Jakie wartości wyniósł Pan z domu
rodzinnego?
Miałem
to szczęście, że w domu panowała miłość. Dom był dla mnie oparciem. Tak
potrzebnym każdemu młodemu człowiekowi. To była podstawa, na której mogłem się
oprzeć. To dawało poczucie bezpieczeństwa. W domu rodzinnym dostałem miłość w
wymiarze ludzkim. Jednak wiedziałem, że jest coś więcej. Że życie nie składa
się tylko z tego, co jest tutaj. Wiedziałem, że życie to nie tylko sprawne funkcjonowanie
w społeczeństwie, zarabianie pieniędzy, robienie kariery. Człowiek ma jeszcze
wielką misję, wspaniałą misję. Człowiek musi przejść pewien próg. Przeżyć
przygodę i walczyć o coś więcej. W moim przypadku misją najważniejszą jest
ewangelizacja. To jest dla mnie ważne. Być światłem dla ludzi. Dzielić się tym,
co otrzymałem od Boga.
Dobrą
Nowinę po raz pierwszy usłyszałem, gdy byłem na festiwalu w Jarocinie. Podczas
występu zespołu ewangelizacyjnego „No longer music”. Wtedy dowiedziałem się i
pojąłem, że Bóg jest moim kochającym ojcem, że kocha mnie takiego, jakim
jestem, że czeka na mnie i chce mi dać coś, czego nie jestem w stanie osiągnąć
sam. Oferuje mi to już tutaj, w tym życiu. Daje mi moc. Prowadzi mnie przez
życie. Poprzez słowo Boże, sakramenty, poprzez modlitwę. Oczywiście dużo zależy
ode mnie, ile jestem w stanie przyjąć. Ja dostaję i przyjmuję tyle, że mogę się
tym dzielić z innymi ludźmi.
Darka Malejonka wielu z nas, dorosłych już
ludzi, pamięta z „Arki Nowego”. Ile lat mają dzisiaj Pana dzieci, które tam
wtedy występowały?
Kasia
ma 24 lata. Ola 21. Najmłodszy, Bartek, ma dzisiaj 18 lat, a wydaje mi się, że
jeszcze całkiem niedawno spał na ławce w pierwszym teledysku „Arki Noego” pod
tytułem „Nie boję się, gdy ciemno jest”, nagranym przed przyjazdem papieża Jana
Pawła II do Polski. Teledysk był o Ojcu. O Bogu Ojcu, o naszym świętym dzisiaj
Ojcu – papieżu Polaku, o ojcu rodziny. To była piosenka, która otworzyła „Arce
Noego” drzwi na sceny w całej Polsce. I nie tylko. To był bardzo piękny czas
dla mnie, kiedy mogliśmy jeździć w trasę razem z moją żoną Elą i z dziećmi.
Zazwyczaj na koncerty jeździ się bez rodziny. My mogliśmy razem. Ale wówczas to
były jeszcze dzieciaczki. Teraz to już dorośli ludzie, którzy sami mają dzieci.
Tak,
tak. My z Elą jesteśmy już dziadkami. Mamy wnuka Jasia.
Wspomina Pan o „Arce Noego”. Jej lider –
Robert Friedrich, gdy zapytałam go, co jest zadaniem ojca w rodzinie,
odpowiedział, że „misją ojca” jest „przekazać wiarę dzieciom”. Czy Pan też tak
uważa?
Myślę,
że to jest najważniejsza rzecz. Moje dzieci dostałem od Boga i oprócz miłości,
wychowania i opieki, moją rolą jest ukierunkowanie ich i danie im podstaw do
poznania Boga. Potem muszą iść już swoją drogą.
Jak odbywa się przekazywanie wiary w Pana
rodzinie?
My
wszyscy jesteśmy we wspólnotach. Kiedy w 1994 r. weszliśmy do wspólnoty Odnowa
w Duchu Świętym w kościele Paulinów w Warszawie, gdzie Pan Bóg bardzo mocno
mnie dotknął, zaczęliśmy odmawiać wraz z dziećmi Laudesy (modlitwa poranna) w
niedzielę rano. Czytaliśmy psalmy i śpiewaliśmy. W tym czasie ojciec rodziny
opowiada o Panu Bogu i rozmawia o tym z dziećmi. Ja też im opowiadałem o
Stwórcy. Rozmawialiśmy na wiele różnych tematów. Dzieci, wiadomo, bywają w
różnych środowiskach. W grupach rówieśniczych na podwórku, w szkole. Mają w
związku z tym różne obserwacje i doświadczenia. Od tego, czego dowiedzą się, co
dostaną w rodzinie, na domowych liturgiach oraz w kościele zależy ich dalsza
droga w obecnym świecie, w którym następuje sekularyzacja, dechrystianizacja.
W tym
miejscu warto wspomnieć – choć to może zabrzmieć jak banał, że najważniejszy
jest przykład dawany dzieciom przez rodziców w codziennym życiu. Jeżeli mówimy
w domu o Bogu, to cała rodzina powinna regularnie chodzić do kościoła. Dzieci
naśladują w dużym stopniu postawy rodziców.
Co uważa Pan za swój największy sukces jako
męża i ojca?
Myślę,
że to, iż nasz związek z Elą trwa już dwadzieścia parę lat. To dzięki temu, że
jesteśmy we wspólnocie Kościoła, że Bóg daje nam miłość, którą możemy się
wzajemnie obdarzać, że nasze dzieci też znają Boga i są w Kościele. Ta nasza
miłość wzajemna i do Boga jest tak silna, że obdarzamy nią również innych
ludzi. I ci inni ludzie dzięki nam też poznają miłość Boga. Dam przykład babci,
która przez kilkadziesiąt lat nie była u spowiedzi i z Bogiem była na bakier.
Gdy przejęliśmy po zmarłej cioci opiekę nad nią, babcia wróciła do Boga.
Zaczęła chodzić do kościoła i aż do swojej śmierci przyjmowała sakramenty.
Mało kto z Pana fanów wie, że Dariusz
Malejonek był wolontariuszem w Afryce...
Jestem
nadal wolontariuszem. Działam w Salezjańskim Wolontariacie Misyjnym „Młodzi
Światu”. W Afryce byliśmy razem z ks. Adamem Parszywką, prezesem tej
organizacji. On pokazał mi, czym są misje. On – można powiedzieć – zaraził mnie
misjami. Razem robiliśmy tam filmy o wolontariuszach salezjańskich. Jestem
niejako ambasadorem SWM. Staram się o tych misjach mówić wszędzie, gdzie tylko
się da. Afryka bardzo dużo mi dała. Kiedy tam pojechałem i zobaczyłem, w jakich
warunkach żyją ludzie, a mimo to zachowują pogodę ducha i chwalą Pana, byłem
pod wrażeniem. Na dodatek wydają się szczęśliwsi niż my, którzy – z ich punktu
widzenia – mamy wszystko i to nawet w nadmiarze. Uzmysłowiłem wtedy sobie, że
naszym głównym problemem jest to, że ciągle musimy mieć coś nowego, samochód,
telewizor, gadżet. Żeby to zdobyć zaciągamy kredyty, które trzeba spłacać. A
żeby spłacać, trzeba intensywnie pracować. I człowiek nie ma już czasu nie
tylko dla swoich bliskich, ale i dla samego siebie, żeby się zastanowić, kim
jest. Na płycie „Addis Abeba” mamy piosenkę „Pytanie”. To jest wiersz, do
którego napisałem muzykę. W tym wierszu jest mowa o człowieku, który szuka prawdy.
Pyta więc siebie: „Kim jestem?, „co robię?”, „czy jestem na dobrej drodze?”.
Większość z nas nie znajduje czasu na postawienie sobie takiego pytania.
Dlatego ślizgamy się po powierzchni życia, gnamy, często nawet nie wiedząc, w
jakim kierunku. Wolontariusze, których poznałem w Afryce, mówili mi, że ta
praca zmieniła ich życie, serca, postrzeganie świata. Wielu misjonarzy, których
miałem okazję poznać, nie chce wyjeżdżać stamtąd, bo tam czują, że są
potrzebni. Tam odnajdują sens swojego życia.
Z
Dariuszem „Maleo” Malejonkiem rozmawiała Grażyna Starzak
czwartek, 22 czerwca 2017
Wierzący, ale niepraktykujący...
Swoje świadectwo dedykuję wszystkim, którzy określają siebie jako "wierzący, ale niepraktykujący". Przez wiele lat sam mówiłem o sobie właśnie w ten sposób. Szedłem w złym kierunku, bo w istocie byłem zamknięty na działanie Boga. Teraz, mając już 30 lat, czuję się jak raczkujące niemowlę w nowej rzeczywistości świata, którą otworzył przede mną Pan Bóg za pośrednictwem Niepokalanego Serca Maryi, Królowej Polski z Jasnej Góry.
Mam na
imię Bartosz. Całe swoje życie uważałem się za katolika, ale tak dokładnie
chyba nie rozumiałem, jaki skarb odziedziczyłem po swoich dziadkach i
rodzicach. Mając 19 lat, wróciłem do Polski z zagranicy, gdzie skończyłem szkołę.
Przebywałem tam w zasadzie sam, przez 3 lata. Ten okres był niestety wypełniony
nie tylko nauką, ale także brnięciem w rzeczy niegodne człowieka wierzącego.
Właściwie to traktowałem ten czas jako zabawę. Po powrocie do kraju
kontynuowałem ten rozrywkowy styl funkcjonowania. Miałem wielu znajomych i
przyjaciół, którzy imponowali mi swoim statusem społecznym albo tym, że byli
"kimś" w towarzystwie dzięki kasie, którą dysponowali. Niestety, nie
potrafiłem być sobą. Płynąłem z prądem. Żyłem według zasad innych, które sam
przyjąłem za własne priorytety.
Mając
20 lat, nie potrafiłem kompletnie rozmawiać ze swoimi rodzicami, a w
szczególności z ojcem. Zawsze uważałem, że wiem lepiej od niego, na czym polega
życie. Rodzinne spędzanie niedzieli przeze mnie odbywało się w ten sposób, że
zaliczałem Mszę św., na którą jechałem z rodzicami, aby zaraz potem powrócić do
stylu życia swoich znajomych. Jednocześnie udawałem dobrego syna wychowanego w
duchu religijnym. Były to jednak tylko pozory. W rzeczywistości oszukiwałem
samego siebie i tych, którzy mnie kochali. Szedłem ścieżką rozwiązłego życia w
zakłamaniu i perfidnych manipulacjach osobami mi najbliższymi. Oddalałem się
coraz bardziej od rodziny, nie wiedząc nawet, kiedy to się dzieje. Moje serce
było przepełnione pustką, a dusza zaśmiecona nieczystością i obłudą...
Pewnego dnia dowiedziałem się o ciężkiej chorobie mojego 37-letniego wujka. Był
to zaawansowany rak mózgu, niemożliwy do zoperowania. Przeraził nas wszystkich
fakt, że ten człowiek może z dnia na dzień odejść, pozostawiając dwójkę
dorastających dzieci. Była to tragedia rodzinna, która spadła na nas wszystkich
niczym grom z jasnego nieba. Po kilku miesiącach prób ratowania życia wujka
przez lekarzy zdecydowaliśmy się wybrać na Jasną Górę, aby tam prosić o jego
zdrowie. Nie wiedzieliśmy wtedy, że będzie to dla nas początek nowego życia.
Dosyć
nieudolnie, ale szczerze zawierzyliśmy się Niepokalanemu Sercu Maryi, Królowej
Polski, według modlitwy, którą ktoś nam podsunął. Od tego dnia rozpoczął się
"program naprawczy" całej naszej rodziny. Proces ten nie był łatwy,
gdyż niektórzy mocno się buntowali. Jednak łaska Boża płynąca prosto z
Niepokalanego Serca Matki Bożej działała. Pierwsze oczyszczenie trwało
kilkanaście tygodni, ale już od pierwszej wizyty na Jasnej Górze chyba każdy z
nas czuł ogromną siłę miłości, która działa w tym miejscu.
Dla
mnie nastąpił wyjątkowy okres. Jako młody człowiek mający przyjaciół z różnych
- i w większości nieciekawych - środowisk widziałem świat, przed tą wizytą,
jako czysto materialny, a chęć przeżywania cielesnych uciech życia była we mnie
mocno zakorzeniona. Teraz zacząłem się modlić, chodzić regularnie do spowiedzi
i w ogóle poważnie traktować Pana Boga oraz Jego przykazania.
W tym
czasie stan zdrowia mojego wujka stopniowo się pogarszał, ale nasza wiara w to,
że jednak wyzdrowieje, była ogromna. W moim życiu rozpoczęły się wielkie
zmiany. Czasami nie byłem z nich zadowolony, ponieważ praktycznie z dnia na
dzień większość moich znajomych i przyjaciół odwróciła się ode mnie bez
wyraźnego powodu. Było to dla mnie trochę dziwne, gdy ktoś z dnia na dzień
potrafił mi powiedzieć przez telefon, że nie chce mnie znać i że nie spotkamy
się prawdopodobnie już więcej... Nie przejmowałem się tym zbytnio. Już wtedy
wiedziałem, że po zawierzeniu siebie Niepokalanemu Sercu Matki Bożej moja nowa
Mama postanowiła uporządkować moje życie od podstaw, troszcząc się nawet o
najmniejsze szczegóły.
W
kilka tygodni po zawierzeniu rozstałem się ze swoją dotychczasową dziewczyną.
Natomiast kontakty z ojcem zaczęły się rozwijać w tempie, nad którym chyba obaj
nie mogliśmy zapanować, ale byliśmy obydwaj z takiego obrotu sprawy bardzo
zadowoleni. Mój tata poczuł, że ma syna, a ja z kolei, że to ojciec jest moim
prawdziwym przyjacielem i partnerem. Postanowiliśmy razem otworzyć mały,
rodzinny biznes, ale oparty na Bożym fundamencie i dlatego - jestem przekonany
- przetrwa on nawet największy kryzys.
Praktycznie w każdy weekend odwiedzaliśmy Jasną Górę całą rodziną (z chorym
wujkiem) lub jeździliśmy tam we trójkę (mama, tata i ja). Czułem wtedy - i
czuję do dzisiaj - że jesteśmy prowadzeni ścieżką prowadzącą do zbawienia. Po
prawie pół roku od naszej pierwszej wizyty na Jasnej Górze okazało się, że
wyniki badania rezonansu magnetycznego głowy mojego wujka są idealne. Guz
główny oraz wszystkie ogniska zapalne zniknęły bez śladu. Dzisiaj jednak wiem,
że Panu Bogu nie chodziło głównie o uzdrowienie mojego wujka, lecz przede
wszystkim o uzdrowienie całej naszej rodziny. Największy cud, jaki się dokonał,
to ten, że tak wiele zmieniło się w naszym życiu. Często się zastanawiam - i
jest mi też bardzo wstyd z tego powodu - że Pan Bóg musiał za wstawiennictwem
Matki Bożej pokazać mi namacalnie, jaką siłą dysponuje i że jest miłością. Nie
uwierzycie, dopóki nie zobaczycie! Ja zobaczyłem i doświadczyłem. Zastanawiam
się też, czym sobie zasłużyłem na taką łaskę. Dziękuję za to, że teraz wiem,
kim jestem, i wiem, że nie ma przede mną problemu ani sytuacji bez wyjścia,
gdyż jestem w Niepokalanym Sercu Matki Bożej!
Ożeniłem się ze wspaniałą kobietą, Kasią, którą poznałem zaraz po tych
wszystkich opisanych wyżej wydarzeniach. Pierwszy raz spotkaliśmy się w
kościele. W dzień po ślubie pojechaliśmy z gośćmi (wynajętym autokarem) na
Jasną Górę. Tam,, na naszej Mszy św., wspólnie z moją żoną Kasią zawierzyliśmy
siebie, rodzinę, naszą przyszłość Niepokalanemu Sercu Maryi. Mamy bliźniaki -
dwóch synów Piotra i Pawła. Jest to kolejna wspaniała łaska dla naszej rodziny.
Moja żona i ja nigdy nie przypuszczaliśmy, że będziemy mieli dwoje dzieci
naraz, choć zawsze mówiliśmy, że chcielibyśmy mieć ich dużo.
Modlę
się o to, aby udało się nam wychować nasze dzieci na takich ludzi, którzy nie
będą musieli zobaczyć na własne oczy, aby uwierzyć, i nigdy nie powiedzą, że są
wierzący, ale niepraktykujący. Ufam, że tak będzie, bo zawierzyliśmy ich
Niepokalanemu Sercu Maryi, Królowej Polski, i zawierzymy Jej także nasze
kolejne dzieci.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

