Licznik odwiedzin

niedziela, 3 listopada 2019

Uroczystość Wszystkich Świętych ? Co to jest i po co ją obchodzimy ?


Śp. Ks. Jan Twardowski mawiał, że: „Święty to ten, który dał się porwać Panu Bogu. Stał się tak przeźroczysty, że przez niego widać samego Boga”.
Znanych i anonimowych, dawnych i współczesnych świętych Kościół katolicki uroczyście wspomina 1 listopada. Uroczystość Wszystkich Świętych winna być jednym z najbardziej radosnych dni dla chrześcijan.
Uroczystość Wszystkich Świętych nie jest – wbrew spotykanym niekiedy opiniom – “Świętem Zmarłych” ale przypomina wszystkim wiernym o ich powołaniu do świętości. W odróżnieniu od tej uroczystości, następnego dnia – 2 listopada – wspomina się wszystkich wiernych zmarłych. Jest to dzień modlitwy za tych, którzy w czyśćcu przygotowują się do chwały nieba. Śp. Ks. Jan Twardowski mawiał, że: „Dzień Zmarłych jest dniem wiary w nieśmiertelność człowieka”.
Dzień 1 listopada przypomina prawdę o powszechnym powołaniu do świętości. Każdy z wierzących, niezależnie od konkretnej drogi życia: małżeństwa, kapłaństwa czy życia konsekrowanego jest powołany do świętości. Tej pełni człowieczeństwa nie można osiągnąć własnymi siłami. Konieczna jest pomoc łaski Bożej, czyli dar Boga. Ponieważ Stwórca powołuje do świętości wszystkich, także każdemu człowiekowi pomaga swą łaską. Teologia wskazuje, iż każdy otrzymał dar zbawienia, bo Jezus Chrystus złożył ofiarę za wszystkich ludzi. Od każdego z nas jednak zależy, w jakim stopniu przyjmie od Boga dar świętości.


piątek, 31 maja 2019

15-letni geniusz komputerowy blisko beatyfikacji.

„Cieszę się, że umieram tak wcześnie" – napisał przed samą śmiercią Carlo. „Bo nie zmarnowałem ani minuty życia na rzeczy, które nie podobałyby się Bogu”.
5 lipca 2018 roku za zgodą Ojca Świętego Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych ogłosiła dekrety zatwierdzające heroiczność cnót czworga sług Bożych. Wśród nich znalazł się Carlo Acutis, który zamarł na białaczkę, mając zaledwie 15 lat.
Codziennie uczestniczył w Eucharystii
„Być zawsze blisko Chrystusa – to jest mój plan na życie”. To słowa Carla Acutisa (1991 – 2006), dziś Sługi Bożego. Carlo był nowoczesnym i energicznym chłopcem. Już jako bardzo młody człowiek świetnie znał się na komputerach, a jego inteligencja znacznie wykraczała poza możliwości rówieśników. Nad komputery cenił sobie jednak bardziej żywą wiarę – różaniec i pomoc innym były całym jego życiem.
Carlo czerpał wszak siłę z bardzo konkretnych źródeł. Codziennie uczestniczył w Eucharystii, która – jak twierdził – pomagała mu dobrze przeżywać każdy moment dnia, od początku do końca. Nie wyobrażał też sobie funkcjonowania bez adoracji.
Historia jego życia i śmierci szybko obiegła cały świat. A to za sprawą uwielbianego przez niego internetu. Carlo stał się znany i kochany przez młodych wierzących. Być może dlatego, że mimo głębokiej wiary wcale nie był dewotem ani świętoszkiem. Powstały o nim książka i film.
Pierwszą Komunię Carlo przyjął, za specjalnym pozwoleniem, już w wieku 7 lat – czyli 3 lata wcześniej niż inne włoskie dzieci. Pewna matka przełożona z klasztoru sióstr klauzurowych w Perego, która obserwowała tamten moment, wspomina Carla następująco:
Podczas mszy świętej był skupiony i spokojny, jednak kiedy zbliżał się moment rozdawania Komunii, zaczął okazywać pierwsze oznaki niecierpliwości. Kiedy wrócił do ławki z Jezusem w sercu, znów jakby się niecierpliwił – nie mógł usiedzieć w miejscu. Tak jakby w środku niego wydarzyło się coś, co mógł zauważyć tylko on, co było tak wielkie, że nie mógł tego pojąć (Tempi, 20 maggio 2013). 
Żyć dobrze dniem dzisiejszym
To dzięki Carlowi i jego pomysłowości w internecie można oglądać wystawę na temat cudów eucharystycznych. To takie duchowe dziedzictwo, które po sobie zostawił.
Carlo Acutis zaczął chorować na początku października 2006 roku. Objawy początkowo uznano za niegroźną świnkę. Dopiero potem okazało się, że to białaczka. Śmierć nadeszła bardzo szybko – bo już 12 października. „Carlo rozumiał, co się działo, całe swoje cierpienie powierzył Kościołowi i papieżowi” – opowiadała Francesca Consolini, inicjatorka procesu beatyfikacyjnego, toczącego się obecnie przed watykańską kongregacją.
I dalej mówiła: „W szpitalu martwił się o rodziców, dziękował lekarzom i pielęgniarkom. Z właściwą sobie pełnią przeżył nawet śmierć – tak samo, jak żył wcześniej. Żyć dobrze dniem dzisiejszym, szukając jego esencji – to moim zdaniem najważniejsze przesłanie, które nam pozostawił” (Credere, 30 giugno 2013).
Cieszę się, że umieram tak wcześnie
Wielu znajomych Carla przy okazji jego śmierci momentalnie zbliżyło się do wiary. „Na pogrzebie – mówiła jego mama – było mnóstwo imigrantów, muzułmanów i hinduistów, których prawdopodobnie poznał podczas swoich wycieczek rowerowych po dzielnicy. Zawsze zatrzymywał się, żeby porozmawiać z zagranicznymi tragarzami czy portierami. Pod naszym blokiem mieszkał bezdomny. Carlo przynosił mu posiłki. Pewnego razu podarował śpiwór starszemu panu, który spał w kartonach. Natomiast małe napiwki, które dostawał, oddawał zawsze braciom kapucynom”.
„Był również bardzo skromny – kontynuuje matka. – Pamiętam, jak rozzłościł się, kiedy kupiłam mu buty, które on uznał za zbyteczne. Twierdził, że za wszelką cenę trzeba trenować swoją dobrą wolę. Jedyną rzeczą, o którą powinniśmy prosić Pana – mówił – to żeby dał nam wolę, żebyśmy chcieli być święci”.
„Cieszę się, że umieram tak wcześnie – napisał Carlo przed samą śmiercią. – Bo nie zmarnowałem ani minuty życia na rzeczy, które nie podobałyby się Bogu”. 

piątek, 8 marca 2019

Aby być bardziej sobą...


Czy pamiętasz takie określenia jak "umartwienie" i "wyrzeczenie"? Z czym kojarzy ci się post? Mentalność dzisiejszego człowieka Zachodu nie potrafi już dostrzec wartości tej praktyki, uważając go za przeżytek. Post nie jest pomysłem chrześcijaństwa. Wiele kultur i religii praktykowało wyrzeczenie na długo przed przyjściem Chrystusa. Najwidoczniej ludzie bardzo sobie je cenili. Kościół zachował to ćwiczenie, przejmując doświadczenie wieków. Jeśli pragniesz zrozumieć sens wyrzeczenia, przyjrzyj się swoim przyzwyczajeniom. Jak wiele codziennych czynności wykonujesz mechanicznie: bierzesz prysznic, spożywasz posiłki, oglądasz telewizję, idziesz do szkoły lub do pracy, itd. Nawet nie musisz o tym myśleć. Jak silne są nawyki - wystarczy chwilę się zastanowić: przejadanie się, zapominanie, niepanowanie nad sobą. Są też dobre przyzwyczajenia: punktualność, solidność i zrównoważona dokładność czy... mycie zębów. Chcesz zmienić swoje życie? Zacznij pracę nad twoimi nawykami. Zapewne będzie cię to kosztowało nieco wysiłku -- czasem nawet zaboli, ale ostatecznie wyda dobre owoce. Zamiast koncentrować się na negatywnej stronie postu, spróbuj popatrzeć na niego pozytywnie.
"Złe przyzwyczajenie zwycięża się przyzwyczajeniem dobrym, zaś dobre przyzwyczajenie przeobraża naturę, i co wcześniej wydawało się trudne, później okazuje się wykonalne i łatwo dostępne" -- tak pisał św. Tomasz a Kempis.
Czas Wielkiego Postu jest idealny do takiego przedsięwzięcia. Zastanów się co chciałbyś podjąć, od czego zacząć. Nie łudź się, że od razu cały się zmienisz. Wybierz coś małego na miarę twoich sił. Następnie ćwicz ten zwyczaj codziennie. Nie zrażaj się niepowodzeniami, czy nikłym skutkiem twoich wysiłków. Co uczynić przedmiotem postu? Może to, abyś był bardziej swoim przyjacielem niż wrogiem i krytykiem, aby widzieć w sobie więcej dobra, dostrzegać swoje talenty i osiągnięcia. Od czasu do czasu zamiast szukać uporczywie swoich błędów, warto wyłowić to co szlachetne, zliczyć darowane Ci dobrodziejstwa i podziękować. Każdy z nas nosi w sobie niezmierne skarby. Wielki Post jest po to, abyś odkrył to bogactwo i nim się ucieszył. Spróbuj, powodzenia !

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Kto to jest ? Odpowiedziała: Nie wiesz ? Przecież to nasz papież !

Dzisiaj jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem, dużo bardzo pięknych rzeczy poznaję i cieszę się życiem, ludźmi, których Pan Bóg stawia na mojej drodze każdego dnia, ale kiedyś było inaczej…
Gdy miałam 7 lat, moja mama wstąpiła do Świadków Jehowy, od tego momentu zakończył się mój kontakt z Kościołem i wiarą, już nie chodziłam na lekcje religii. Nie wiem jak to się stało, do Komunii św. podeszłam, ale nie w miejscowości, w której mieszkałam. Był to czas, kiedy Ojciec Święty Jan Paweł II był z pielgrzymką w Polsce, zobaczyłam go w telewizji u koleżanki, zapytałam kto to jest. Odpowiedziała mi: „Jak to, nie wiesz? Przecież to jest nasz papież!”.
Gdy po tygodniu wróciliśmy do domu, skończyło się moje chodzenie do kościoła. Pamiętam jeszcze taki moment za parę lat, jak wysłała mnie mama do księdza, coś potrzebowała, pamiętam, jak rozglądałam się wkoło po ścianach. Zastanawiałam się, czemu sama nie poszła, tylko mnie wysłała, ale nie czułam jakiegoś zmieszania, że przecież do kościoła nie chodzę i ksiądz mnie nie zna.
Wyszłam za mąż, ale mąż Kościołem nie był zainteresowany, nie chodziliśmy nawet w niedzielę na Mszę św. Zaczęłam chodzić sama, na początku siedziałam w ostatniej ławce, przysłuchiwałam się modlitwom, obserwowałam, co robią ludzie i uczyłam się uczestniczenia we Mszy św. Mogłoby się wydawać, że w zasadzie już powinno być wszystko w porządku, a jednak nie było. Ciągle miałam jakieś pytania do siebie, kim ja jestem. Gdziekolwiek byłam, czy to była praca, szkoła, owszem na pewnym poziomie integrowałam się z grupą, ale ciągle czułam się obco. Nie miałam nigdy żadnego problemu z nawiązywaniem znajomości, raczej miałam dużo koleżanek, przyjaciół, a jednak ciągle czegoś mi bardzo brakowało. Ciesząc się macierzyństwem, zdobywając ciągle nowe umiejętności, szłam do przodu, ale ciągle z pytaniem o moją tożsamość.
Zaczęły się moje upadki, z początku bardzo niewinne, jakiś horoskop, książki o bardzo dziwnej tematyce, nagle stała się dla mnie bardzo interesująca kultura Bliskiego Wschodu, życie kobiet w islamie. Nieszczęścia spadały na mnie jedno za drugim, niepowodzenia, choroby, smutek. Byłam bardzo nieszczęśliwa. W sercu ogromny żal, nieopisana gorycz, do tego dochodziło lekceważenie innych, było ze mną coraz gorzej. Chodziłam do kościoła, do spowiedzi, ale i tak brnęłam w grzechy, nie potrafiłam się modlić. W całym moim nieszczęściu Jezus nigdy mnie nie opuścił, chociaż ja grzeszyłam, On był zawsze blisko mnie, nie odwrócił się, nie zostawił, nigdy we mnie nie zwątpił.
Szukałam odpowiedzi na to, kim ja jestem, dlaczego wszędzie gdzie jestem, czuję się jakoś obco. Pamiętam nawet, że zastanawiałam się, czy nie jestem adoptowanym dzieckiem moich rodziców. Jak patrzałam na to jak żyją, co robią, coś mi ciągle nie pasowało, czułam, że coś jest nie tak albo z nimi, albo ze mną. Chociaż bardzo upadałam, jednak Pan Bóg wyznaczał mi pewne granice, nie wiem, może rozsądek albo zwyczajna przebiegłość, widziałam, że zainteresowanie mną jako kobietą jest dość duże, jednak w żadne romansidła nie szłam, za co dzisiaj jestem bardzo wdzięczna. Pespektywa konkubiny albo macochy były bardzo dla mnie poniżające, takie rzeczy nie były dla mnie.
Pewnego razu gdy byłam w księgarni i wybierałam książkę dla siebie, wpadła mi w rękę książka amerykańskiego pastora „Moc pozytywnego myślenia”. Na początku pomyślałam jakaś pobożna ta książka, ale na szczęście kupiłam i przeczytałam. Autor na podstawie fragmentów z Pisma Świętego napisał książkę, pomyślałam, że skoro na podstawie fragmentów powstało tak piękne dzieło, to jaka interesująca musi być cała Biblia. Zaczęłam czytać od początku, od Starego Testamentu, przeczytałam całą, dużo nie rozumiałam, ale to był początek zmian w moim życiu. Błędem wtedy moim było to, że nie żyłam tym, co czytałam, zamykałam Pismo Święte i wracałam do głupot, które robiłam.
Teraz, gdy patrzę na tamto moje życie, myślę, Bóg mnie nigdy nie zostawił, chodziłam do kościoła, za bardzo nie wiedziałam dlaczego, potrafiłam zostawić gości, jakieś zajęcia i szłam, księdza na kolędzie pytałam, czy mam grzech jeśli nie jestem na Mszy, bo jestem na wykładach. Z jednej strony blisko Kościoła, a z drugiej takie odejście.
Zapytałam koleżanki, która do mnie przyjeżdżała, razem studiowałyśmy, czy pójdzie ze mną do kościoła, była niedziela, odpowiedziała, że nie, zrobi sobie paznokcie i ugotuje rosół, a ja mogę sobie iść.
Wszystko wydarzyło się bardzo niedawno, przecież wiele razy słyszałam na Mszy pieśń „Pan jest Pasterzem moim”, jednak tego dnia pieśń brzmiała zupełnie inaczej. Czułam jak łzy cisnęły mi się do oczu, przełykałam szybko ślinę, żeby się nie rozpłakać. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, jakaś nowa reakcja, jakieś inne doświadczenie. To był dopiero początek, już ten dobry, pełen łask i błogosławieństw. Był rok 2012, moim postanowieniem na Wielki Post było czytanie Ewangelii, odłożyłam wtedy bardzo interesującą książkę, już nigdy do niej nie wróciłam, nawet nie wiem jakie było zakończenie.
Kolejnym pięknym doświadczeniem był w październiku Różaniec, rok później poszłam w pielgrzymkę na Jasną Górę, nagle doszło do mnie, że mam Mamę (moja biologiczna mama zmarła, gdy miałam 16 lat). Matka Boża Częstochowska od tamtego momentu wprowadziła w moje serce ład, porządek, ogromną radość, życzę każdemu takiego doświadczenia.
Od pięciu lat żyję naprawdę, należę do dwóch wspólnot, jak tylko mogę czasowo, jestem na Mszy św., wiem już czyja jestem, jaka jest moja tożsamość. Nie czuję się obco, jestem w moim Kościele, gdzie spotykają się ludzie, którzy się modlą, każdy w swojej intencji, a jednak coś, albo raczej Ktoś nas łączy. Pan Bóg ciągle mnie zaskakuje, rodzina bardzo się powiększa o następne wnuki, a ja dostałam nową pracę. Patrzę na Kościół, jaki jest piękny, jaki bogaty, taka różnorodność, modlitwy, duchowość, pobożność, mądrość i miłość.
Piszę moje świadectwo 3 maja 2018, byłam z moją rodziną dzisiaj w Częstochowie, pojechaliśmy tak zwyczajnie, jak dzieci do Mamy.
Dostałam to, na co czekałam całe życie. Źle jest człowiekowi, gdy nie wie, że jest kochanym Dzieckiem Boga, gdy nie należy do Kościoła, nie żyje dla Boga i drugiego człowieka.
Jola

środa, 26 grudnia 2018

Gwiazdo, prowadź nas...

Przeżywamy czas świąt Bożego Narodzenia, więc pozwólmy Panu zamieszkać w naszych sercach, przemieniać je i pozwólmy Mu się prowadzić co dnia, bo z Nim wszystko jest możliwe. Zaufaj Mu tylko...

A to kolęda napisana przez mojego serdecznego przyjaciela. Warto posłuchać i się zastanowić nad sensem słów...


poniedziałek, 10 grudnia 2018

Jak Bóg znalazł mnie ?


Miałem 28 lat i moja wiara ograniczała się do co niedzielnych wizyt w kościele i klepania pacierzy, tak, by już to mieć za sobą. Pewnego dnia wydarzyło się jednak coś, co zmusiło mnie do innego spojrzenia na wiarę, coś co spowodowało, że musiałem poukładać swoje życie na nowo. To był grudniowy, bardzo zimny poranek. Od kilku dni pracowałem w nowej firmie. Od początku grudnia jeździłem po Polsce, wdrażając się do nowej pracy i miałem tego naprawdę dość. 22 grudnia miałem zostać z ośmiomiesięcznym synkiem w domu i odpocząć do samego Bożego Narodzenia. Stało się jednak inaczej. Moja żona Ewa chciała w ostatnim dniu przed świętami popisać się w pracy swoim domowym wypiekiem. Była też dodatkowa okazja, bo 24 grudnia obchodziła swoje imieniny. Do Jasia przyszła więc rano niania, a my pojechaliśmy do pracy. Dziś pamiętam tylko ten okropny ziąb, który przeszywał ubranie, jak gdyby cofał nas do domu. Niestety nie potrafiłem odczytać wszystkich znaków i wyjechaliśmy. Kilka kilometrów za miejscowością, w której mieszkaliśmy, uderzyłem w drzewo. Moja żona zginęła na miejscu. Wciąż pamiętam jej ostatnie tchnienie, kiedy na chwilę odzyskałem przytomność. Pamiętam przerażenie i próbę krzyku, by ją ratowano, ale im bardziej otwierałem usta, tym miałem mniej siły i w końcu straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem w karetce, nikt nie chciał ze mną rozmawiać na temat mojej żony, każdy mówił że będzie dobrze. Dopiero po kilku godzinach, kiedy byłem już na środkach uspakajających, powiedziano mi co się stało. Nagle moje życie legło w gruzach, nie chciałem żyć. Błagałem Boga, by odebrał mi życie, bo sam byłem zbyt wielkim tchórzem, by to zrobić. Moje serce krwawiło, ciało sprawiało ból i czułem, że straciłem duszę. Wszyscy dookoła mówili o przeznaczeniu, o tym że tak musiało się stać. A ja wiedziałem jedno: to nie przeznaczenie, to ja to zrobiłem, to ja jestem winny, to mnie powinien spotkać ten los, nie tą, którą tak bardzo kochałem. Znalazły się tylko dwie osoby, które potrafiły mi powiedzieć w twarz, że to ja jestem winny. Jestem im za to wdzięczny i będę do końca życia. Jedną osobą był mój serdeczny przyjaciel, a drugą ksiądz. To oni uświadomili mi prawdę, o której zawsze wiedziałem, ale której nie potrafiłem zaakceptować i przyjąć. Oni posiadali coś, czego ja nie rozumiałem do tej pory, posiadali wiarę. Tak, miałem wyrzuty do Boga. Tak, chciałem się od niego odwrócić, tylko że przyjaciele uświadomili mi, że przecież ja go jeszcze nawet nie poznałem. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że naprawdę z nim rozmawiam. Zwróciłem się do niego jak do żywej osoby, nie jak do figurki, którą uważałem do tej pory za Boga. Codziennie mówiłem Mu jak się czuję, codziennie prosiłem Go, by mi pomógł. Dopiero po pewnym czasie zacząłem zauważać, że On naprawdę jest przy mnie, słucha mnie, choć nie rozwiązuje moich problemów moimi sposobami, nie daje mi tego czego oczekuję, ale daje mi więcej, bo daje mi to czego naprawdę mi trzeba. Ufam Mu bezgranicznie! Uważam że jestem ślepcem na drodze pełnej kamieni, ale trzymam za rękę swojego Ojca, a dopóki tak jest, On nie pozwoli na to, bym się potykał. Nawet jeśli ześle cierpienie, wiem, że to cierpienie nie jest daremne, wiem, że po jakimś czasie będę wdzięczny Mu za to, że to tą drogą mnie poprowadził. Od ponad dwóch tysięcy lat mamy tę prawdę przed oczyma i nadal nie potrafimy z niej korzystać. Twierdzę, że jestem ślepcem na swojej drodze, lecz współczuję ludziom, którzy nie potrafią odkryć tej prawdy, dlatego że są bardziej ślepi ode mnie. Mam nadzieję, że choć jedna osoba zastanowi się nad tym, co tutaj opisałem. Jeśli tak będzie to wiem, że moje cierpienie nie poszło na marne i wypełniłem swoją misję, którą On przygotował dla mnie.

niedziela, 4 listopada 2018

List ojców synodalnych do młodzieży

"Kościół jest wam matką, nie opuści was, jest gotów wam towarzyszyć na nowych drogach, na wspaniałych ścieżkach, gdzie wiatr Ducha wieje mocniej, rozpraszając chmury obojętności, powierzchowności, zniechęcenia" - czytamy w "Liście do młodzieży" napisanym na zakończenie XV Zwyczajnego Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów. Został on odczytany dzisiaj podczas Mszy św. w Bazylice św. Piotra kończącym synodalne obrady, które miały miejsce w dniach 3-28 października w Watykanie na temat: „Młodzież, wiara i rozeznawanie powołania”.
Oto tekst listu.
XV Zwyczajne Zgromadzenie Ogólne Synodu Biskupów
List ojców synodalnych do młodzieży
My ojcowie synodalni zwracamy się do was, ludzi młodych całego świata ze słowem nadziei, zaufania i pocieszenia. Zgromadziliśmy się w tych dniach, aby słuchać głosu „wiecznie młodego” Jezusa Chrystusa i rozpoznać w Nim wasze liczne głosy, wasze okrzyki radości, narzekania i milczenia.
Wiemy o waszych poszukiwaniach wewnętrznych, o radościach i nadziejach, o smutkach i lękach stanowiących wasz niepokój. Pragniemy, abyście usłyszeli teraz nasze słowo: chcemy przyczynić się do waszej radości, aby wasze oczekiwania stały się ideałami. Jesteśmy pewni, że z waszym pragnieniem życia będziecie gotowi starać się, aby wasze marzenia ucieleśniły się w waszym życiu i w ludzkiej historii.
Niech was nie zniechęcają nasze słabości, niech kruchość i grzechy nie będą przeszkodą dla waszej ufności. Kościół jest wam matką, nie opuści was, jest gotów wam towarzyszyć na nowych drogach, na wspaniałych ścieżkach, gdzie wiatr Ducha wieje mocniej, rozpraszając chmury obojętności, powierzchowności, zniechęcenia.
Kiedy świat, który tak umiłował Bóg, że dał mu swego Syna Jezusa jest skoncentrowany na rzeczach, doraźnym sukcesie, przyjemnościach i miażdży słabych, pomóżcie mu powstać i skierować spojrzenie ku miłości, pięknu, prawdzie, sprawiedliwości.
Przez miesiąc podążaliśmy razem z niektórymi z was, a także wieloma innymi, powiązanymi z nami modlitwą i miłością. Pragniemy teraz kontynuować pielgrzymkę w każdym zakątku ziemi, gdzie Pan Jezus posyła nas jako uczniów-misjonarzy.
Kościół i świat pilnie potrzebują waszego entuzjazmu. Stańcie się towarzyszami drogi najbardziej kruchych, ubogich, zranionych przez życie.
Jesteście chwilą obecną, bądźcie najjaśniejszą przyszłością.
28 października 2018 r